Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytelnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytelnia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 czerwca 2014

Janusz Leon Wiśniewski :)

Kolejna pozycja zaliczona w czasie choróbska, to nowa książka Wiśniewskiego, moim skromnym zdaniem jednego z najlepszych pisarzy współczesnych, który widać uwielbia kobiety i umie dla Nich pisać - "Grand".
Wiśniewski z wykształcenia jest rybakiem, magistrem fizyki, doktorem informatyki, doktorem habilitowanym chemii, a przy tym wszystkim super pisarzem, pisarzem niezwykle inteligentnym. Jego przypadek wskazuje, że można połączyć duszę naukowca z duszą humanisty :)
Na swojej stronie internetowej pisze: "Panie, pomóż mi być takim człowiekiem, za jakiego bierze mnie mój pies". 
Wszystkie książki Wiśniewskiego traktują o uczuciach, Czytając je wiemy, że On nas rozumie, On rozumie i czci kobiety i to jest niezwykłe. Przeczytałam wszystkie Jego książki, przeczytałam i oglądnęłam mnóstwo wywiadów z Nim i mogę powiedzieć, że rzadko spotyka się tak uwrażliwionego mężczyznę, tak delikatnego, przeinteligentnego, szanującego kobiety ( no może oprócz mojego męża, ale On tak pisać nie umie).
"Grand"to zbiór historii różnych osób przebywających w jednym czasie w hotelu w Sopocie. Jest jak zwykle wątek miłości, ale przeplata się on z historyczną melancholią.
Polecam wszystkim wielbicielom Leona, a już 3 lipca premiera kolejnego Jego dzieła - "Ślady".





środa, 28 maja 2014

Niebo istnieje...Naprawdę!

Z racji mojego unieruchomienia i braku możliwości wykonywania czegokolwiek oprócz polegiwania, poleguję tak czytając wszystko co podleci po kolei. 
Wczoraj zakupiłam wiele nowych pozycji literackich wszelakiej maści. Pierwsza, po którą sięgnęłam dziś i szybko przeczytałam z wypiekami na twarzy, to właśnie "Niebo istnieje...Naprawdę!". Olbrzymi ładunek emocjonalny, historia, która utwierdza nas w przekonaniu, że to co w naszej wyobraźni nas czeka po śmierci, to jest pewne, to jest niebo. Rewelacja!!!!! 
Pierwsze miejsce na liście bestsellerów literatury faktu "New York Timesa" w 2011 roku.
Historię tę opowiada ojciec chłopca, który po nagłej operacji cudem wyzdrowiał ( lekarze nie dawali dziecku większych szans na przeżycie). W czasie tej operacji (wycięcia rozlanego niebezpiecznie wyrostka robaczkowego), Colton ( rzeczony chłopiec) odbył kilkuminutową podróż do nieba i z powrotem. 
Autor  przywołuje proste słowa własnego syna – ukazuje miejsce, które czeka na nas wszystkich, gdzie, jak mówi Colton  „nikt nie jest stary i nikt nie nosi okularów”.
"Niebo istnieje... naprawdę!" na zawsze zmieni sposób, w jaki myślisz o wieczności, pozwalając ci przyjąć perspektywę dziecka i uwierzyć jak ono. 
Jak super powiedział Colton "Bóg zawsze jest przy człowieku i mu pomaga". Bardzo mnie ta książka podniosła na duchu, zwłaszcza że w ostatnich dniach taka twarda sztuka jak ja trochę się rozmemliła nad sobą. Pokazuje jak w prosty sposób, taki dziecięcy i czysty można umacniać naszą wiarę. Wielka nauka dla mnie :)
Polecam, książka dla każdego.


niedziela, 27 kwietnia 2014

Piękna papryczka uwodzi kształtem


 Dziś kolejna książka poruszająca najgłębsze zakamarki duszy i ciała każdej kobiety.

"Piękna papryczka uwodzi kształtem" - Autor Edyta Draus. 

Ta książka to super napisany przewodnik dla kobiet w zakresie dietetyki, ćwiczeń, motywacji i co najważniejsze samoakceptacji. Dzięki słowom (jakże dowcipnym czasami i jakże dobitnym czasami) zrozumiesz, że Twoje ciało jest odzwierciedleniem Twojej duszy. Jest także, a może przede wszystkim "Twoją wizytówką, kartą przetargową i powinno być wielką miłością Twojego życia. I tylko od Ciebie zależy, jak wygląda i jak się w nim czujesz. Bycie kobietą to prezent. Bycie piękną kobietą to już Twój wybór!" To słowa Pani Draus. 
Może niektóre kobiety zniechęcą się, gdy się dowiedzą, że Pani Edyta jest kulturystką, ale przeczytajcie tę super książkę, bo pokazuje nam kobietom jak być piękną, jak sprawić, by czuć się atrakcyjną i ważną. 
To nieważne, że autorka jest specjalistką w obcej nam dziedzinie sportu, ona nie nakłania do uprawiania kulturystyki, ona w przystępny sposób pokazuje nam ćwiczenia siłowe kształtujące naszą sylwetkę i jak każde z nich wpływa na konkretne partie naszego ciała. To, jak z tego skorzystamy, to już nasza indywidualna sprawa, ale przy okazji wskazuje na ważne aspekty diety, ociera się też o psychologię, a robi to tak w dowcipny i wciągający sposób, że czyta się ją jednym tchem. Niewiele książek pomaga poczuć się lepiej w swoim ciele i tak pozytywnie nastraja do pracy z nim. To niezwykle motywujący przewodnik dla kobiet, które chcą też coś w sobie zmienić:)
Rewelacyjna książka!!!  Polecam - Kasia



niedziela, 20 kwietnia 2014

Flow - poczucie przepływu.

Dziś będzie tak poważnie, naukowo. Psychologicznie. Źródłem informacji jest jedna tylko, aczkolwiek opływająca w informację, pozycja, dlatego daruję sobie przypisy w nawiasie po każdym zdaniu i źródło cytowania wstawię na końcu posta. Całość tekstu jest efektem mojego przeżucia, połknięcia i przetrawienia zawartej w książce teorii, opartej oczywiście na wynikach badań autora. Brzmi groźnie, co? Mimo wszystko zapraszam, bo będzie o czymś tak powszechnym i pożądanym przez nas, jak szczęście. I droga do niego.



Już Arystoteles twierdził, że obiektem największego pożądania ludzkiego jest szczęście. Szczęście i tylko szczęście - wszelkie inne nasze zachcianki, pragnienia i potrzeby mają dać nam właśnie poczucie szczęścia. Próbujemy osiągnąć je na różne sposoby - poprzez zdrowie, piękno, pieniądze, władzę, itp. Szczęście to pojęcia złożone i niejasne. Czym jest szczęście? Spróbujcie je zdefiniować, na własne potrzeby. Czym dla Was jest szczęście? Okażę się, że dla każdego czymś innym. Jak zdefiniować tak zróżnicowane zjawisko? I w efekcie tego - jak określić sposób na osiągnięcie tego stanu, skoro nie wiadomo dokładnie, czym jest?

Mihály Csíkszentmihályi (rozwieję wątpliwości - jest Węgrem) postawił sobie pytanie: kiedy ludzie czują się najbardziej szczęśliwi? I przez 25 lat stopniowo odpowiadał na to pytanie, przeprowadzając badania i rozwijając swoją teorię.

To, co możemy określić na pewno, to fakt, że szczęście nam się nie przydarza. To nie jest coś, co spotykamy w swoim życiu, to nie jest coś, co zależy od przypadku. Nie zależy od wydarzeń zewnętrznych, ale od... naszej interpretacji tych wydarzeń. Wiecie, co to znaczy? Że nasze szczęście zależy w 100% od nas samych. Przecież to od nas zależy, jak zinterpretujemy, w jaki sposób odbierzemy konkretne zdarzenie. Możemy podjąć decyzję. Sami jesteśmy za to odpowiedzialni. To jest tak proste, a jednocześnie tak doniosłe i jestem przekonana, że dla wielu kompletnie rewolucyjne, że pokuszę się o powtórzenie tego w cytacie.
"(...) szczęście nie jest czymś, co się wydarza. Nie jest wynikiem uśmiechu losu ani dziełem przypadku. Nie można go kupić za pieniądze ani uzyskać dzięki władzy. Nie zależy od wydarzeń zewnętrznych, ale raczej od naszej ich interpretacji. Szczęście jest stanem, do którego należy się przygotować, a gdy się go osiągnie, trzeba go starannie kultywować. Każdy z nas musi bronić własnego szczęścia. Ludzie, którzy posiądą umiejętność kontrolowania wewnętrznych doświadczeń, będą w stanie sami decydować o jakości swojego życia(...)."

Wynika z tego zachwycająco prosta prawda. Jeśli jesteś nieszczęśliwy, to sam sobie jesteś winien. Oczywiście, często jesteśmy świadkami czy ofiarami traumatycznych zdarzeń. Nie jest moim zamiarem umniejszanie znaczenia tych doświadczeń, są to zdecydowanie sytuacje, kiedy mamy prawo odczuwać smutek, gniew, mamy prawo być nieszczęśliwi i zdezorganizowani, są to wręcz reakcje adaptacyjne - czyli naturalne i przystosowawcze. Wielu z nas może opowiedzieć o takich doświadczeniach w swoim życiu, wbrew pozorom nie jest to rzadkie. Czy jednak takie osoby już nigdy nie mogą zaznać szczęścia, nie mają do tego prawa? Czy już na zawsze mają tkwić w przeżytej tragedii, zakotwiczać się w niej i bać się otworzyć na szczęście? Z całą pewnością nie. Samo życie pokazuje nam, że niektóre osoby, które spotykamy, doświadczyły w życiu niewyobrażalnych trudów i traum, a dziś są uśmiechnięte i szczęśliwe. W ich sytuacji wypracowanie własnego szczęścia jest zapewne miliardy razy trudniejsze. Często jednak jest w ich zasięgu.
Tym bardziej zmotywowane powinny być osoby, które takich doświadczeń nie miały i już na starcie mają ułatwioną sprawę.  

I tutaj pojawiają się schody. Bo jeśli chcemy szukać tego szczęścia świadomie, to go nie znajdziemy. No i cały nasz entuzjazm i motywacja opada, no bo jak to? Przecież to bez sensu...

"Nie znajdziesz szczęścia, poszukując właśnie jego, ale jedynie przez całkowite zaangażowanie we własne życie, w każdy jego najdrobniejszy szczegół, dobry czy zły."

Viktor Frankl opisuje to tak:

"Nie staraj się osiągnąć sukcesu - im bardziej uczynisz go swym celem, tym trudniej będzie ci go zdobyć. Ponieważ sukces, podobnie jak szczęście, nie jest czymś, za czym można się uganiać - musi wyniknąć... jako niezamierzony efekt uboczny poświęcenia się czemuś większemu niż własny los."
Zatem odpada najprostsze rozwiązanie. Robi się nieco trudniej i bardziej zawile. Ale to nic.

Otóż do szczęścia trzeba iść naokoło. Drogą, którą Csíkszentmihályi "odkrył" w trakcie swoich 25-letnich badań. Pierwszym krokiem jest uzyskanie kontroli nad własną świadomością. Chodzi o optymalne doświadczenie. To chwile, "w których - zamiast ulegania anonimowym siłom - czujemy, że kontrolujemy nasze działania, że jesteśmy panami swojego losu. W tych rzadkich momentach odczuwamy uniesienie, głębokie zadowolenie, które przechowujemy w sobie przez długi czas i które w naszej pamięci staje się miarą tego, jakie powinno być nasze życie". Wbrew pozorom nie potrzeba do tego idealnych warunków zewnętrznych - przeżywały to nawet osoby, które były więzione w obozach koncentracyjnych! Te chwile nie zdarzają się raczej, gdy jesteśmy bierni i odpoczywamy. Chodzi o sytuację, gdy dobrowolnie doprowadzamy ciało lub umysł do granic napięcia, w celu wykonania czegoś trudnego i dla nas wartościowego. Czyli dla sportowca, nawet amatora, będzie to przekroczenie własnych granic, pobicie swojego rekordu. Dla mnie będzie to np. przebiegnięcie pierwszych w życiu 15 km, kiedy zapewne nogi będą mi się trzęsły od wysiłku i zmęczenia, ciało będzie mnie bolało i ogólnie padać będę na mordę, bo zajęłoby mi to pewnie koło 1:40. Albo urwanie kilkunastu sekund z najlepszego czasu na 5 km, czy też kilku minut na 10 km. Płuca pewnie bym wypluwała. Wszystko by mnie bolało. A na samą myśl, aż przebieram nogami ze zniecierpliwienia, żeby to zrobić. 

"Uzyskanie kontroli nad własnym życiem nie jest łatwe, a czasem może być bolesne. Jednakże w dłuższej perspektywie optymalne doświadczenia dają człowiekowi poczucie panowania - a nawet świadomość uczestnictwa w decydowaniu o treści własnego życia - co jest najbliższe szczęściu w jego konwencjonalnym rozumieniu."

Czyli... angażując się w taką czynność (są tysiące możliwości, oprócz sportu może to być pisanie wierszy, gra na instrumencie, joga, nawet matematyka), czujemy, że mamy wpływ na nasze życie. Że jest ono pod naszą kontrolą. Że robimy coś, co jest zależne całkiem od nas, robimy to z własnej woli, bo lubimy, przekraczamy jakieś swoje granice, osiągamy osobiste sukcesy i robimy coś, co nie podejrzewaliśmy, że jesteśmy w stanie zrobić. 

I to jest przepływ. Tak duże zaangażowanie i pogrążenie w danym zajęciu, że nic innego nie ma w tej chwili znaczenia, a w dodatku powtarzanie tego doświadczenia mimo czasem wielkich kosztów, żeby tylko to poczuć. Żeby poczuć przepływ. Żeby dobrze zrozumieć, o co w tym chodzi, przytoczę przykład jednej z badanych przez Csíkszentmihályi'a osób, czyli robotnika, Rico Mendellina. On często czuł przepływ w swojej pracy, a pracował przy taśmie montażowej! Jego kawałek roboty, którą wykonuje przy każdym aparacie, który jedzie na tej taśmie, powinien zająć 43 sekundy. Dziennie obrabia około 600 takich aparatów. Nuda, co? Rico pracuje tam ponad 5 lat i nieustannie odczuwa satysfakcję z pracy. Jakim cudem? Bo stara się pobijać własne rekordy, tak jak ja, gdy staram się polepszyć moje babciowe tempo w bieganiu. No i tak oto Rico szukał sposobu i drogi do tego, by obrabiać jeden aparat w jak najkrótszym czasie, doszedł do dziennej średniej (!) 28 sekund przy jednym urządzeniu. Co najdziwniejsze, nie robi tego dla pieniędzy, dla podwyżki, tylko dlatego, że sprawia mu to satysfakcję. Wystarczy mu to, że wie, iż jest w stanie to zrobić. I zbliża się ten moment, kiedy już nie będzie w stanie urwać kolejnych sekund i pracować jeszcze szybciej, dlatego chodzi na dodatkowe kursy elektroniki, a kiedy je ukończy - poszuka trudniejszej pracy i proces się powtórzy. Wtedy nie zaistnieje coś takiego, jak "nielubiana praca". Nawet tak monotonna i nie dostarczająca wrażeń praca, jak stanie przy taśmie montażowej, może dostarczać nam poczucia przepływu, a zatem szczęścia i satysfakcji. Fajnie? 

Nie opiszę tutaj całej teorii  i całej drogi do szczęścia, o której mówi Csíkszentmihályi. Dlatego zapraszam do lektury - książka napisana jest dla szerszej publiki, niż studenci psychologii :) Warto przeczytać i co nieco się na ten temat dowiedzieć. Ja, póki mam jeszcze czas do terminu oddania książki do biblioteki, napiszę jeszcze jednego posta na ten temat - o warunkach przepływu, czyli kiedy się najczęściej pojawia, przy jakich działaniach, czy są może jakieś uwarunkowania środowiskowe czy biologiczne, które zwiększają szanse na jego wystąpienie. Zapraszam więc niedługo na kolejnego posta w tym temacie.

Ja oczywiście odczuwam przepływ, gdy przekraczam swoje granice w bieganiu. Pamiętam jeszcze moje pierwsze 6 km przebiegniętych bez zatrzymywania się - cudowne uczucie. Pierwsze 10 km w życiu. Pierwsze 12 km. Poprawa czasu na 5 km. Pierwsze przebiegnięcie 10 km na zawodach z dość dobrym czasem poniżej godziny i z zatruciem pokarmowym. I właśnie to jest to. Mimo że wymiotowałam później cały wieczór, to nie żałuję. Dla tego uczucia było warto :) To jeden z powodów, dla których bieganie tak uzależnia! I nie tylko bieganie oczywiście, także inne sporty. Gorąco polecam, żebyście znaleźli dla siebie taką czynność, która pozwoli Wam na odczucie przepływu. Dajmy się ponieść :) My tak popłynęłyśmy dziś po śniadaniu wielkanocnym. Mało tego, udało nam się wyciągnąć na bieganie Dziadka Mocarza, który niegdyś (nie tak dawno temu, jak ja byłam małym szczylkiem) biegał po 14 km dziennie i chciał przebiec maraton. Niestety biegać przestał, dziś jednak znów poczuł z nami biegową radość! Co prawda nie przebiegł całego dystansu, ale jak na tak długą przerwę i 68 lat poradził sobie fantastycznie. I zapowiedział, że jutro znów zabierze nas na bieganie po swojej starej trasie biegowej - piękne leśne tereny. Bieganie z Siostrą, Mamą i Dziadkiem? To nazwę przepływem z całą mocą tego słowa:)





Csikszentmihalyi, M. (2005). Przepływ. Psychologia optymalnego doświadczenia. Taszów: Biblioteka moderatora.

sobota, 19 kwietnia 2014

Czytelnia: "Przebudzenie"

Dziś, tuż przed świętami, to super czas na rozpoczęcie naszego cyklu "rekomendacji czytelniczych". Każdy w czasie świąt czyta więcej, bo ma więcej czasu bezzawodowego i właśnie teraz spróbujemy rozpocząć nakłanianie wszystkich do przeczytania książek, które nas w jakimś stopniu w ostatnim czasie zachwyciły lub uważamy, że po prostu trzeba je przeczytać i już:)
Pierwszą pozycją, którą polecam jest:

"Przebudzenie" - Anthony de Mello

Przeczytałam ją dzięki rekomendacji Zielonej Sowy. Jest to książka takiego rodzaju, że trzeba przeczytać i albo Cię zachwyci albo załamie:)

Jestem osobą, która poszukuje prawdziwej wolności, ale takiej, gdzie kluczem jest poznanie siebie samej, zaakceptowanie siebie, a co najważniejsze szanowanie i kochanie siebie samej, bo wtedy dopiero można być szczęśliwym z innymi i dać szczęście innym. Większość ludzi nie jest w stanie przeczytać tej książki, a myślę, że znaczna część tych, którzy ją przeczytali, nie wyobraża sobie, żeby można było żyć według zasad, o których na kartach "Przebudzenia" się wspomina, a jeszcze inni mogą być zniesmaczeni lub nawet sfrustrowani.

Nie jest to w żadnym stopniu poradnik w stylu jak żyć, ale jedynie ukazanie pewnych naszych zachowań, myśli i dobitne nazwanie ich po imieniu, a wiadome jest, że takie nazwanie i wskazanie pewnych prawd o sobie nie zawsze nam się podoba, a wręcz czytając, możemy się buntować przeciw nim. Im więcej czytelnik ma problemów lub wątpliwości egzystencjalnych, tym bardziej ta książka na niego wpłynie i tym więcej szczegółów w niej dostrzeże.

Sztuka olśnienia polega na odkryciu prawdy o sobie, nazwaniu jej i przebudzeniu się z głębokiego snu! Według mnie ten zbiór rekolekcji jest pigułką zawierającą większość prawd o życiu. Nie znajdziesz na stronach złotego środka, ale wgłębiając się w treść, zaczniesz się zastanawiać i poszukiwać drogi do oświecenia. Część rzeczy niezrozumiałych w książce zaczyna się wyjaśniać w miarę przebudzania się z letargu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że większość ludzi przeczyta i powie "to nie dotyczy mnie, ja jestem ok, ja jestem porządnym super człowiekiem z pewnymi wadami, ale nie muszę się "przebudzać", ja jestem wolny i szczęśliwy". Czyżby? Nie jest tak czasem, że uzależniasz swoje szczęście od innych, że obwiniasz innych o swoje niepowodzenia, że szukasz u innych potwierdzenia swojej wartości, że uzależniasz się od innych, że czujesz się ważniejszy, bo masz wyższą pozycję społeczną, lepsze wykształcenie, jesteś ładniejszy (w Twoim mniemaniu) itd., itd.?

Ja np. wiele z tych rekolekcji wyniosłam i codziennie wracam do jakiegoś fragmentu, bo tę książkę możesz czytać nieustannie, ciągle odkrywając coraz to nowsze spojrzenie na życie. Mimo że przeczytałam ją w parę godzin, to ciągle leży na szafce nocnej i zawsze coś tam jeszcze doczytam :) I zawsze dowiem się czegoś więcej o sobie. Niesamowicie trudno jest się przebudzić. Ja, mimo że myślę, iż wiele rozumiem z tych rekolekcji, to jeszcze nie mogę powiedzieć, że się przebudziłam, bo to niesamowicie trudna i wyboista droga, coby dostrzec u siebie te niekoniecznie ok rzeczy, a co dopiero je eliminować ze swojego zakorzenionego życia. Ale staram się.

Ale “Przebudzenie” mówi także, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy egoistami, zaufanie to iluzja, a każdy z nas dąży do własnych celów, licząc się z innymi, tylko pod warunkiem zaspokojenia swoich ambicji i osiągnięcia własnego zysku. Ta myśl  załamała mnie na początku jako człowieka. Nie można właśnie takich słów odbierać wprost, bo załamka gotowa, ale właśnie mądrość polega na odróżnieniu asertywności od pychy i bałwochwalstwa. “Przebudzenie” mówi nam jednocześnie, że skupiamy się na zbyt wielu niepotrzebnych sprawach, że nasze życie  jest często pozbawione celu, a zbyt silne przejmowanie się nim to źródło naszych frustracji. Ta książka mówi nam także, że wszyscy jesteśmy równi, wszyscy mamy taką samą wartość, wszyscy powinniśmy cieszyć się życiem takim, jakie jest. To super postawa, ale jakże utopijna.

Także reasumując, dla jednych - tych silnych osobowości (takich jak ja) książka jest super i  dzięki niej dostrzegam własne zakręty i pokręctwa, ale dla tych delikatniejszych osobowości mentalnie może zasiać ziarno wątpliwości dosłownie we wszystkich słabszych stronach ich osobowości. Jednakże mimo wszystko przeczytajcie ją! Może doznacie przebudzenia!

Pomogło mi "Przebudzenie" w stawaniu się lepszym człowiekiem, pomogła mi w tym także seria książek Beaty Pawlikowskiej, ale o nich potem, raczej szybciej niż później.

O "Przebudzeniu" na: lubimyczytac.pl :)

Polecam - Kasia