Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 września 2014

V lekcja facefitness



Ćwiczenia zapobiegające bruzdom nosowo-wargowym


  1. Najlepiej jak zwykle przed lustrem, wykonaj grymas marszczenia nosa, unieś wargę górną z maksymalnym odsłonięciem górnych zębów oraz zmruż (nastąpi to z pewnością odruchowo) oczy. Utrwal minę wściekłego psa na 5 sekund, rozluźnij mięśnie. Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem. Przy tym ćwiczeniu najlepszym wzorem do naśladowania jest rozdrażniony, szczerzący zęby pies.
  2. Ułóż opuszki palców środkowych na małych zagłębieniach po obu stronach skrzydełek nosa. Następnie zmarszcz mocno nos jednocześnie unosząc jego czubek najwyżej. Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem.
  3. Wessij oba policzki najmocniej i najgłębiej jak potrafisz. Wytrzymaj w ćwiczeniu przez 5 sekund i rozluźnij mięśnie. Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem.
  4. Zamknij usta, a następnie zrób tzw. „małpkę”, czyli wysuń język przed przednie zęby, napnij mięśnie górnej wargi i wytrzymaj tak przez 5 sekund, po czym rozluźnij mięśnie. Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem.

poniedziałek, 8 września 2014

IV lekcja facefitness



Ćwiczenia na ujędrnienie policzków


  1. Nadymaj oba policzki naraz jednocześnie trzymając zamknięte usta. Wytrwaj w ćwiczeniu przez 5 sekund. Następnie wypuść powietrze. Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem.
  2. Inna wersja powyższego ćwiczenia - maksymalnie nadymaj policzek prawy i wytrzymaj w ćwiczeniu przez 5 sekund, a następnie tę sama czynność powtórz na lewy policzek i także wytrzymaj przez 5 sekund. Wykonuj ćwiczenie naprzemiennie nadymając raz prawy, raz lewy policzek. Powtórz ćwiczenie 10 razy na każdy policzek i zakończ szerokim uśmiechem. To moje ulubione ćwiczenie  i dzięki niemu nie jestem wklęsła od biegania.
  3. Utrzymuj przez 5 sekund jak najsilniej zaciśnięte zęby, następnie rozluźnij szczękościsk. Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem.
  4. Tak jak kiedyś wspomniałam nieocenionym ćwiczeniem poprawiającym naszą urodę jest uśmiech. W tym ćwiczeniu pożądana jest przesada, wyjaskrawienie tej czynności i utrzymanie maksymalnego napięcia zaangażowanych w nią mięśni. Po prostu własne odbicie w lustrze obdarz szerokim, promiennym uśmiechem, starając się maksymalnie unieść kąciki ust i pozostań w tym uśmiechu przez 10 sekund. Następnie rozluźnij mięśnie i powtórz ćwiczenie 10 razy, a najlepiej wiele razy w ciągu dnia.


poniedziałek, 1 września 2014

Twarz biegaczki :)

Zainspirowana artykułem świeżo przeczytanym w ostatnim „Women’s Health” – „Figura czy twarz - czy musisz wybierać?” nie mogłam się powstrzymać, coby nie podeliberować w tym temacie.

Już pisałam tutaj wcześniej o twarzy biegaczki, ale jest to tak ważny temat i tak bardzo w literaturze biegowej traktowany po macoszemu, że nie zaszkodzi może się powtórzyć.
Kobiety uprawiające sport, a szczególnie biegaczki, dzięki ćwiczeniom idealnie kształtują swoją sylwetkę, która w szybkim tempie traci tłuszcz, a zyskuje mięśnie. Systematyczne ćwiczenia siłowe, które uzupełniają codzienny jogging, sprawiają, że nasza sylwetka nabiera idealnych proporcji i nawet babki starszawe, takie jak ja, zadowolone są ze swojej figury. Gorzej jest z mordką.
Pięknie wyrzeźbione szczupłe nogi, jędrne umięśnione pośladki i idealnie płaski umięśniony brzuch, a gdy przyjrzeć się twarzy, można stwierdzić, że niewątpliwie jest starsza od reszty ciała. Przynajmniej u takiej biegaczki, która nie dba o nią tak, jak powinna.
Dlatego podsuwam kilka moich zaleceń, które opieram na własnym doświadczeniu.
Po pierwsze - nasza twarz posiada niezliczoną ilość mięśni, dlaczego zatem, rzeźbiąc każdy mięsień naszego ciała, zapominamy o twarzy? Przecież głowa to też część naszego ciała!


Niestety Pani Biegaczko, biegając, wzmacniasz oczywiście mięśnie ciała, ale nie twarzy! Jest ona zmorą biegaczy, ponieważ w zastraszającym tempie chudnie i się zapada, a opierając się na własnym przykładzie i ze względu na to, że ja jestem raczej szczupła, to zapewniam, że w miarę biegania moja twarz zaczęła wklęsać, tak jaby kościotrupieć. I właśnie wówczas rozpoczęłam na nowo facefitness. Ćwiczę codziennie wszystkie partie twarzy i nie ma wymówek, że nie ma czasu. Po prostu wstaję 15 minut wcześniej. Facefitness czy joga twarzy, jak komu bardziej pasuje, jest niezastąpiona w moim mniemaniu, coby nie marszczyć się jak śliweczka. Jestem trenerką gimnastyki twarzy, prowadziłam pokazy w grupach u Pań w różnym wieku i z przykrością muszę stwierdzić, że w naszym mieście nie zaszczepiłam chęci do uprawiania tych nieocenionych ćwiczeń. Słyszałam głosy, że kto by się przejmował zmarszczkami, a ja myślę, że każda Pani powinna…
Myślę, że zamiast wydawać na medycynę estetyczną krocie, zamiast wydawać na kremy krocie, można 6-7 minut dziennie poćwiczyć, a efekty będą kolosalne. Odczułam je „na własnej twarzy”. 
Wracając do tematu, po rzeczonym wklęśnięciu mojej buźki spowodowanym bieganiem (schudłam także 10 kg, a więc tłuszcz z twarzy też sobie wyszedł), rozpoczęłam codzienną gimnastykę twarzy przez 6-7 minut dziennie i efekty były widoczne już po miesiącu. Dalej jestem chuda, ale moje policzki nie zapadają się i zmarszczki widocznie się spłyciły.
Mój codzienny zestaw ćwiczeń:
Ćwiczenia  wygładzające poziome zmarszczki na czole i zapobiegające tworzeniu się ich
Ćwiczenia zapobiegające tworzeniu się “lwiej zmarszczki”
Ćwiczenia zapobiegające "kurzym łapkom”
Ćwiczenia na zmarszczki wokół oczu
Ćwiczenia na zmęczone oczy
Ćwiczenia na policzki
Ćwiczenia zapobiegające tworzeniu się bruzd nosowo-wargowych
Ćwiczenie na wygładzenie drobnych zmarszczek wokół ust
Ćwiczenia mięśni szyi
Na zakończenie po ćwiczeniach cudowny masaż połączony z wklepaniem oleju kokosowego
Wcześniej, na pierwszej lekcji facefitness, pisałam o rozgrzewce, a dziś zaprezentuję kolejne ćwiczenia, wygładzające czoło:
Ćwiczenia na wygładzenie czoła (2 lekcja):

1. Ćwiczenia na „zmarszczki gniewu”, czyli poziome  

a)             Unieś jak najwyżej brwi i otwórz jednocześnie szeroko oczy. Nie marszcz przy tym czoła. Wytrzymaj tak przez 5 sekund i rozluźnij mięśnie twarzy, Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem.
b)              Połóż dłoń płasko na całym czole tak aby mały palec leżał nad brwiami. Przyciśnij bardzo mocno dłoń do czoła jednocześnie spróbuj je zmarszczyć. Dłonią powinnaś poczuć jak skóra na czole się napina. Właśnie mocny ucisk dłoni zapobiega powstawaniu zmarszczek. Wytrzymaj tak przez 5 sekund i rozluźnij mięśnie twarzy, Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem.

2.  Ćwiczenia na „zmarszczkę lwią”, czyli pionową  

a)  Patrząc na swoje odbicie w lustrze, maksymalnie zbliż do siebie brwi tak, jakby Cię coś okropelnie wnerwiło. Jednocześnie opuszką środkowego palca skierowanego do dołu podtrzymaj mocno skórę, tak aby uniknąć jej zgniecenia. Wytrzymaj tak przez 5 sekund i rozluźnij mięśnie twarzy, Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem.
b)    Przyłóż dłoń do powierzchni między brwiami, tak aby dolna część dłoni była właśnie w tym miejscu, a palce na włosach. Uciskając dłonią tę powierzchnię między brwiami, systematycznie zmieniaj siłę nacisku. Ten ruch przypomina pompowanie i powoduje on zasysanie i pęcznienie komórek znajdujących się pod Twoją ręką. Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem. To jest moje ulubione ćwiczenie.

Niebawem napiszę o kolejnych ćwiczeniach. Obiecuję, że zrobię to szybko.

Po drugie ważne jest, aby przed wyjściem z domu na jogging, czy na jakiekolwiek ćwiczenia, zawsze, bezwzględnie posmarować twarz kremem z wysokim filtrem przeciwsłonecznym. Ja, mimo ciemniej karnacji, smaruję twarz przez cały rok kremem z filtrem 50. Zapobiega to powstawaniu plam i przebarwień. Słońce kocham, ale twarz chronię przed nim, aby się nie starzała szybko. Lubię być opalona, ale nie na buzi, dlatego zawsze w lecie całe ciało mam czarne, bo wystarczy, że pobiegnę parę kilometrów, a jestem już sczerniała, ale buźka jest biała. Niezwykle śmiesznie to wygląda, ale od czego są bronzery?
Po trzecie - raz w tygodniu peeling i maseczka z alg.
Po czwarte - nie używam żadnych kremów, mimo, że mam bardzo suchą skórę. Smaruję się wyłącznie olejem kokosowym i jego używam też pod makijaż.
Po piąte - wysypiam się.
Po szóste - jestem zawsze uśmiechnięta, bo mimo że niektórzy powiedzą, że zmarszczki śmiechowe, to uśmiech szeroki i szczery wpływa zbawiennie na naszą twarz. 
Po siódme - zdrowo się odżywiam. Myślę, że codzienna bogata owsianka. o której z Martą już wiele pisałyśmy daje naszej skórze najwięcej, ale też mnóstwo warzyw, owoców, nasiona chia, olej kokosowy, oliwa z oliwek, całkowita eliminacja cukru i białej mąki, kasza jaglana i gryczana i wiele, wiele innych pokarmów, które poprawiają wygląd skóry.

Jeśli kobieta mówi, że Jej zmarszczki nie przeszkadzają, to moim zdaniem kłamie, bo żadna babka nie chce wyglądać starzej. Na koniec cytat z artykułu, który mnie zainspirował do napisania tego posta: "Znajdziesz dziesiątki kobiet, które powiedzą Ci z marszu, że mają w nosie zmarszczki, że wybierają naturalny wygląd, starzenie z godnością i takie tam gadanie. Spróbuj znaleźć taką, która powie, że nie przeszkadza Jej wygląd jędzy na fochu albo sieroty w permamentnej depresji. Gorzej, prawda? Zmarszczki nie tylko dodają nam lat, kradną też radosny i pełen energii wygląd. Wyglądając starzej, wyglądamy po prostu smutniej. I dlatego się przed nimi bronimy, choć nie lubimy się do tego przyznawać."

Może te moje gadanki są nieco chaotyczne, ale cel był jeden. Podczas uprawiania sportu, a zwłaszcza biegania, nasza twarz chudnie i marszczy się szybciej niż innym, a zatem, Szalone Biegaczki, dbajmy o nią niezwykle czule. Ja postaram się Was nauczyć niebawem kolejnych ćwiczeń, które u mnie zagościły na stałe. Niektórzy powiedzą "I tak nie wyglądasz dobrze", ale ja sama widzę postępy na mojej buzi, to ciekawe, co by ci "niektórzy" powiedzieli, gdybym nie ćwiczyła w ogóle :) Strach pomyśleć. Zachęcam biegaczki do dbania o mordeczki :)

Uprawiając sport, zamieniamy tłuszcz na mięśnie, dlatego też oprócz ciała zadbajmy o twarz, bo tam też mamy mięśnie, a nawet bardzo ważne mięśnie. A więc do czułej pielęgnacji dodajmy facefitness, a będziemy całe wyrzeźbione od stóp do "głów".

niedziela, 6 lipca 2014

Krótka historia szlifowania charakteru.

Wczoraj wielki dzień. Symboliczny oczywiście, tak jak wszelkie rocznice - mają raczej metaforyczny sens, bo świętujemy fakt, że coś trwa. A skoro świętujemy, to znaczy że jest powód do radości, że to coś trwa. Że trwanie tego czegoś nam coś daje. Coś dobrego, pozytywnego, taki wymiar, który przyczynia się do tego, że świętujemy. Świętujemy urodziny, rocznice związków, okrągłe sumy stażu pracy, itp. A ja pośród tego wszystkiego świętuję rok biegania. Pomyślicie sobie - głupia, co tu świętować? Ludzie uprawiają różne sporty i czy trzęsą się nad faktem, że rok temu zaczęli grać w siatkówkę?

No cóż, niektórzy pewnie tak. Ale, uwaga pierwsza, bieganie nie jest dla mnie "sportem". Nie tylko, oczywiście. Bieganie to dla mnie o wiele więcej. Słowo "pasja" też nie wydaje mi się wystarczające. Nie mam ambicji znaleźć odpowiedniego słowa, bo mogłoby to być niewykonalne. Nie wynoszę biegania ponad wszystko, bo są dla mnie rzeczy dużo ważniejsze w życiu. Ale, uwaga druga, w ciągu tego roku, od kiedy biegam, "bieganie" stało się nieodłączną częścią mojej tożsamości. Ja bez biegania nie byłabym już sobą, byłabym jakąś niepełną, śmieszną, karykaturalną wersją. Tak samo jak ja bez uniwersum Harry'ego Pottera, bez trampków Converse'a, bez zamiłowania do herbaty, bez kolczyków czy bez strzelania stawami. Nie wspominając już nawet o ważniejszych elementach mojej tożsamości, takich jak wiara w Boga. Minął zaledwie rok (a podkreślić należy, że rok temu rozpoczęłam marszobiegi w planie minuta biegania plus cztery minuty marszu, a do trzaskania kilometrów bez marszu doszłam dopiero we wrześniu zeszłego roku), a już ciężko jest wyobrazić mi sobie siebie bez biegania. Na tle tego, że przez całe liceum i większość gimnazjum nie ćwiczyłam na w-fie i miałam zwolnienie od ortopedy, przy czym byłam niezwykle uparcie niechętna do aktywności typu pływanie, jazda na rowerze, chodzenie po górach, fakt ten robi na mnie samej niezłe wrażenie.

Bieganie otworzyło mi wiele nowych możliwości. Skoro teraz w moim pojęciu mnie samej zawierają się co najmniej godzinne wybiegania cztery razy w tygodniu, no to robię się bardziej chętna i otwarta na pójście na basen, chodzenie po górach, jazdę na rolkach czy na rowerze, skakanie na skakance. Nagle dostrzegłam setki nowych sposobów spędzania wolnego czasu. Ale też poznawania nowych ludzi - uściski dla wszystkich z naszego BBL :)

Na szczęście jestem osobą otwartą na propozycje bliskich i mimo że na początku podśmiewałam się z Mamy i Siostry, że wychodzą cztery razy w tygodniu na dwór, niezależnie od pogody, i męczą się nie wiadomo po co, to fakt, że moja 12-letnia siostra była w stanie przebiec kilka kilometrów zrobiło na mnie wrażenie i uległam naciskom (rozkazom, całe szczęście, że moja Mama potrafi tak piłować) i w dzień ostatniego egzaminu sesji letniej rok temu poszłam na pierwszy trening. 

I zaczęło się szlifowanie charakteru. Od zawsze jestem uparta jak osioł. Regularne wychodzenie i postępowanie według planu nie było dla mnie problemem. Problem pojawił się wtedy, kiedy nie mogłam wykonać planu, bo nie miałam SIŁY! Dramat! Kryzys pojawił się, kiedy miałam przejść z 3 minut biegania na 4 minuty. No nie szło tego zrobić. Męczyłam się, dyszałam i po 3,5 minuty musiałam iść. To było dla mnie jak koniec świata, już byłam przekonana, że to koniec tego całego biegania, że będę tak biegać te 3,5 minuty już zawsze. Jakże śmieszne to było myślenie. Teraz już wiem, że trzeba robić wszystko w zgodzie ze swoim organizmem. Mogłam biec 3,5 minuty i ani sekundy więcej? No to zrobiłam kolejny tydzień treningów po 3,5 minuty. A w kolejnym tygodniu biegałam już 4. 

Ale to były wakacje, więc było kolorowo. Później zaczął się semestr i jesień - szaruga, deszcz, zimno, zajęcia, zaliczenia, nauka, plan poszatkowany jak zwykle na naszej uczelni. Na początku to też było wyzwanie - ubrać te buty i kurtkę i wyjść na deszcz. Wstać wcześniej, żeby pobiegać przed zajęciami. Odrzucić obawy o to, że jak tylko wyjdę na trening, to zaraz będę chora. Jeszcze gorzej było przy temperaturze parę, a nawet kilkanaście, ładnych stopni poniżej zera. Kiedy padający śnieg zamarzał mi na kurtce i okularach, a każdy nieuważny krok na chodniku mógł się skończyć jakimś paskudnym złamaniem. I tak kusiło, żeby zostać pod kocykiem, wypić kakao, poczytać książkę, obejrzeć serial, przecież jest tak zimno...

I siedziałam pod kocykiem, z gorącym kakao w łapce, z książką, zapaloną świeczką i szerokim, błogim uśmiechem spowodowanym, dajmy na to, ośmioma kilometrami w srogim mrozie. Jak to mówią, nie ma słabej pogody do biegania, są tylko słabe charaktery. I bywają takie warunki, że każde kolejne wyjście na trening stanowi wyzwanie i muszę walczyć sama ze sobą i tłumaczyć sobie, że brzydka pogoda czy dużo nauki to nie jest wystarczający argument, żeby nie wyjść na trening. I za każdym razem, gdy w takiej sytuacji uda mi się samą siebie do tego przekonać (a zwykle tak jest), to czuję, jakbym była Mario, który właśnie zjadł powiększającego grzybka, albo złapał szalenie migającą gwiazdkę. W momencie każdego wyjścia na trening dostaję szansę walczenia ze swoim lenistwem. I jest to cudowne! Często nie czuję, że mam taką szansę, bo tak bardzo chce mi się biegać, że już przebieram nóżkami od rana. 

W okolicy końca semestru zimowego miałam kolejny kryzys, a taki oto, że brakowało mi czasu. Szkoda mi było dużo biegać, skoro miałam dużo nauki. A że nie biegałam wg jakiegoś planu, to szłam na trening z myślą, "żeby coś tam pobiegać, chociaż 5 km". I tak rzeczywiście to wyglądało, biegałam po 5-6 km, 8 km to było dla mnie już coś.

Teraz 8km to dla mnie minimum, a piątka na treningu to śmieszny dystans - po co tracić czas na 5km trening?! Przedwczoraj przebiegłam pierwszy raz 17 km. Jestem zapisana na półmaraton w październiku. A apetyt wciąż mi rośnie! Stawiam sobie nowe wyzwania i powoli do nich dochodzę. I wciąż biegam w śmiesznym tempie, ale teraz wiem, że jak potrenuję, to osiągnę duże postępy. Nie myślę już, że nigdy nie przejdę z 3 do 4 minut, metaforycznie rzecz ujmując. 

Dzięki bieganiu nie biorę już leków na serce. Moje tętno spoczynkowe spadło z ok. 120-130 do 70 uderzeń na minutę. Nie denerwuję się tak dużo i mam więcej dystansu do siebie i do różnych spraw. Niektórymi rzeczami, na które nie mam wpływu, przestałam się przejmować. Mimo że nie było to moim celem, to w ramach skutków ubocznych straciłam 5 kg i kilka ładnych centymetrów w biodrach. Mam dobrą kondycję. Bieganie zapoczątkowało u mnie większą świadomość na temat zdrowego jedzenia i dzięki temu dużo zdrowszą dietę. Nie w celu odchudzania, którym jest opętany współczesny świat. Po prostu dla zdrowia i dobrego samopoczucia. Dostrzegłam, że to, co jem, ma niesamowity wpływ na to, jak się czuję. Nie za 30 lat, ale teraz, w tej chwili, dzisiaj. Zaczęłam ćwiczyć siłowo, więc jestem silniejsza. Wiele problemów, które kiedyś rozdmuchałabym do rozmiarów katastrofy, po wyjściu na trening całkowicie znika. Rozwijam się, stawiam sobie cele i dążę do ich osiągnięcia, biorę udział w zawodach i doświadczam tej cudownej atmosfery. Nie rywalizacji, a współpracy, wzajemnego wsparcia na trasie. Jestem spokojniejsza i lepiej sypiam. Jestem lepszą partnerką w związku, lepszą córką, siostrą, lepszą kobietą, lepszym człowiekiem. 

Dlatego świętuję to, że od roku biegam. Rok to niewiele, kiedyś mam nadzieję świętować 30. rocznicę biegania. Widzę siebie biegającą rano przed pracą. Widzę siebie biegającą z mężem, z dzieckiem w wózku, z kilkunastoletnimi dziećmi, z wnukami w wózku, itd. Ale nigdy nie zapomnę, jak diametralnie zmienił moje życie ten pierwszy rok biegania. Czuję się jak najszczęśliwszy człowiek na ziemi! 

A wiecie co dodatkowo mnie motywuje i uszczęśliwia? Wy! Wiele osób podchodzi do mnie i mówi - zaczęłam biegać przez Ciebie! Powiedziałabym nieskromnie, że DZIĘKI mnie, a nie PRZEZE mnie, ale niech będzie! I raduje mi się serducho przy każdej takiej wiadomości. Nawet jeśli niewiele z tych osób pokocha bieganie na stałe, to ogromnym sukcesem jest dla mnie to, że dzięki mnie ktoś wyjdzie i zrobi marszobiegi. Jesteście wielcy! Podziwiam Was, bo wiem, że jednak trochę samozaparcia i siły charakteru potrzeba, żeby to zrobić. A jeśli okaże się, że bieganie Was jednak nie kręci - to może będzie to początek poszukiwania odpowiedniej dla Was aktywności. Nie każdy przecież musi biegać! Może dla Was stworzona jest zumba, siatkówka, pływanie, joga albo podnoszenie ciężarów? O jednym jestem przekonana - dla każdego jest jakaś aktywność fizyczna, która da mu radość. Oczywiście po przezwyciężeniu w sobie wewnętrznego, zasiedziałego od wielu lat lenia. Dlatego szukajcie! Próbujcie i urozmaicajcie. I piszcie mi o efektach swoich poszukiwań i rozpoczętych przygód z bieganiem. Cieszę się jak dziecko, że mogę się przyczynić do otwarcia niektórych ludzi na tak ogromne, pozytywne zmiany, jakie zaszły w moim życiu! :)

Pozdrawiam ciepło i wysyłam Wam mnóstwo zakręconej energii. Jest tak ciepło, ale szkoda przecież leżeć tylko na leżaczku. Zróbcie coś jutro! Pójdźcie na spacer, na rower. Cokolwiek. A kto wie, co będzie się u Was działo za rok! :)

A jak wyglądało moje świętowanie? Najpierw postawiłam sobie wyzwanie, że przebiegnę na czterech treningach 52 km - bo wedle mojej aplikacji tyle brakowało mi do równego tysiąca. I udało się - 12,3 km + 10,9 km + 12 km + 17 km. 



Ostatni trening był naprawdę ciężki - mój poprzedni rekord dystansowy to 15 km. Biegłam z izotonikiem i batonikiem, o 21, bo wcześniej grzało jak w piekle. Satysfakcja jak nigdy. Teraz wiem, że na pewno dam radę przebiec półmaraton! Jak widzieliście w poprzednim wpisie, Mama zrobiła mi supertorta - z kaszy jaglanej, kakao, awokado, bananów, agaru i malin:) 100% zdrowia i 100% energii do dalszych treningów! A w weekend Mój Mężczyzna zabrał mnie na wycieczkę i uskutecznialiśmy chillout, po długim wybieganiu poprzedniego wieczoru.


Nic tylko świętować, odpoczywać i zajadać się torcikiem. Na koniec wypada też podsumować dotychczasowe wyniki i uczestnictwo w zawodach:

Bieg dla kobiet, 5 km, 35:33.
Grand Prix zBiegiemNatury, 5 km, 29:25.
II GO! Bieg, 10 km, 59:16 (z zatruciem pokarmowym trwającym od 4:00 rano tego dnia przez dwa dni).
Dolnośląskie Biegi Europejski im. Jerzego Szmajdzińskiego, 3,4 km, 17:30.
Europejskie Biegi Uliczne, 10 km, 1:00:40. 

Najważniejszy obecnie cel: półmaraton w Legnicy. Realizuję plan treningowy na czas poniżej 2h i choć póki co wydaje mi się to poza zasięgiem, to zobaczymy, co da się wybiegać przez te 3 miesiące:)

sobota, 5 lipca 2014

1 roczek Martusi :)

Dziś mija 1 rok od kiedy Martusia zaczęła biegać. Wczoraj zrobiła swój tysięczny kilometr. Coby uczcić na zdrowo Jej małe święto zrobiłam czekoladowego torta jaglanego :)

Czekoladowy tort jaglany z masą czekoladową z bananów i avocado ze świeżymi malinami i agarem


Ciasto:

1,5 szklanki kaszy jaglanej ugotować na sypko i przestudzić,
400 ml jogurtu naturalnego,
8 jajek,
2 łyżki ksylitolu,
6 łyżeczek kakao lub karobu ( ja, ponieważ skończył mi się karob, użyłam kakao), 
2 łyżeczki proszku do pieczenia bio,
zmielone migdały do wysypania spodu tortownicy.

Masa:

Przepis od  vea love green
Ja zrobiłam z zpodwójnej ilości składników podanych przez Iwonkę, zamiast karobu - kakao i zamiast syropu zaledwie łyżeczka ksylitolu :)

Ponadto:

3 koszyczki malin,
2 łyżeczki agaru,

Wszystkie składniki na ciasto porządnie potraktować blenderem i wylać na tortownicę popryskaną oliwą i posypaną zmielonymi migdałami. Wstawić do nagrzanego do 180 stopni Celcjusza piekarnika i piec ok. 1 godzinę. Następnie pozostawić ciasto do wystygnięcia.

W czasie studzenia ciasta  2 koszyczki malin wsypać do rondelka, dodać 1,5 łyżki ksylitolu, a w 1/3 szklanki wrzącej wody rozpuścić 2 łyżeczki agaru i szybko wlać do malin, następnie pogotować je przez kilka minut. Galaretkę z malinami także odstawić do wystygnięcia.

W następnej kolejności ciasto przekroić w połowie. Przygotować masę i na jednej części ciasta ją wyłożyć  ( zostawiając 2 łyżki do wysmarowania boków i rantu tortu). Na wyłożoną masę wysypać 1 koszyczek malin i przykryć drugą połową ciasta. Na wierzch wylać tężejącą galaretkę z agaru z malinami . Boki ciasta i centymetrowy rant tortu posmarować pozostałą masą.



Zdrowy tort :)
Smacznego




P.S.

Ponieważ ugotowałam 2 szklanki kaszy, to z tej 1/4 części zrobiłam krem czekoladowy a'la nutella.
Kasza, 4 daktyle, 2 łyżeczki ksylitolu, 2 łyżki oleju kokosowego i 2 łyżki kakao zmalaksowałam na gładką masę i jest do kanapek.

sobota, 21 czerwca 2014

Z pamiętnika połamanej :)

Dziś, po dłuższej przerwie cosik wypadałoby naskrobać :) Ja się zabieram do tego, bo  Marta opętana sesją, Julcia opętana recitalem dyplomowym w Szkole Muzycznej i zakończeniem podstawówki. 

Ostatnio bardziej czytałam niż pisałam z wiadomego względu połamaństwa. Zero gotowania, chociaż ostatnio dzięki maszynie do pieczenia chleba zrobiły się konfitury :) I to nie byle jakie,
  • bo jedne truskawkowe z miętą z naszego zielnika i z kardamonem, imbirem i cynamonem,

  •  drugie pomarańczowe z chili i imbirem,
 


 
  • i trzecie najciekawsze z jagód, zmalaksowanych truskawek, jabłek i mango - niebiański smak. Dla mnie najlepsze. Wszystkich wyszło ponad 40 słoiczków. Mam zamiar zrobić jeszcze agrestowe, kiwiowe, wiśniowe, porzeczkowe i z samego mango oraz morelowe. Może się uda :) Przy tym na szczęście nie trzeba siedzieć :)




Wszystkie konfiturki oczywiście bez cukru, dla osłody wyłącznie z odrobiną ksylitolu i rzecz jasna z naturalnym agarem.

Przeczytałam już, w czasie mojego kalectwa (bo te konfitury to wczoraj, a ja tak poleguję już czwarty tydzień ), mnóstwo książek rozmaitej maści. O niektórych już pisałam w czytelni, ale tylko zachęcając (bo potem może o nich napiszę) to głównie z tych ostatnich polecam "Botanikę duszy" Elizabeth Gilbert, wszystkim biegaczom poradniki Gallowaya "Bieganie metodą Gallowaya", "Trening mentalny biegacza. Jak utrzymać motywację" (mi obecnie potrzeba takich wskazówek), dla przypomnienia "Mitologię" Parandowskiego, dla oderwania "Zemsta ubiera się u Prady", " Historię Unii Europejskiej" dla siebie coby nie być jak niektórzy kandydaci do Europarlamentu, ale także pierwszy rozdział pracy magisterskiej Mani o móżdżku, pamięci i innych afazjach, fluencjach werbalnych, perseweracjach i jakichś anomiach. Poznałam nowe dla mnie mózgowe definicje. Niezwykle ciekawe doświadczenie :)  Mania ponadto (dla pochwałki) przywiozła następne super książki Księdza Orzecha i to w dodatku z dedykacjami, jedna dla mnie i Błażeja, a druga dla Mani i Michała. Zatem następne czekają...
Człowiek musi coś robić, jak nic nie może :)

Dotychczas dopadały mnie kontuzje związane z naderwaniem mięśni rozmaitych, ale o takich na długo wyłączających z biegania urazach to tylko czytałam i myślałam "mnie to nie dotyczy, bo ja przecież biegam książkowo, po miękkim, w dobrych butach, rozciągam się, raz w tygodniu masaż, joga codziennie". W ogóle biegam sporo, ale racjonalnie. Trener na BBL cały czas mi piłuje, że mam za krótki krok i mimo, że był on taki intuicyjny (krok) i w moim mniemaniu optymalny, to przyswajałam wskazówki mądrzejszego i po paru tygodniach krok się poprawił, choć nadal nie jest idealny, to zbliżyłam się do poprawnego, no ale Gallowayem to przecież nie jestem.

26 kwietnia był tysiączek z BBL i wtedy naderwałam sobie przywodziciela. Nie biegałam miesiąc, w tym czasie masaże, prądy, plastry (taping), zimne okłady z zamrożonego groszku, potem maści przeciwbólowe.
22 maja wróciłam do biegania, było lajtowo, powoli. Jeszcze coś tam czasami pociągało w udzie, ale już po takich rehabilitacjach należało wracać do normalności. A normalnie to biegam 4 razy w tygodniu po 8-10 km.
I tak 25 maja pobiegłam w biegach ulicznych, najpierw w biegu dla mam z mamuśkami na króciutkim odcinku i było spoko. Potem wyruszyliśmy na 10 km pierwszy raz w swoim mieście, bo nie raz już biegałyśmy z Manią i Julą w rozmaitych zawodach, ale tylko we Wrocławiu. Ostatnio na 10 km w kwietniu pobiłam swój rekord i pobiegłam 50 minut i 40 sekund ( na zawodach zawsze jest o kilka minut lepiej). W Bolesławcu miałam zamiar zejść poniżej 50 minut. No i niestety po czwartym kilometrze chrobotnęło mi w prawym boku, tak bardzo, że myślałam, że kość mi pękła (Mania pakerka ukończyła bieg mimo upału). Nie mogłam iść, Błażej mnie zawiózł do szpitala, zrobili RTG, na którym coś jakby ze stawem, może jakaś martwica i z pewnością zerwany mięsień. Dopiero usg i tomograf wykazały, że to mięśnie też, ale KOŚĆ ZŁAMANA (gałąź kości kulszowej). Kosmos po prostu, taka chojraczka ze mnie, a tu kość? Już czwarty tydzień boli niemiłosiernie, ale chyba zrasta się frania.
Nie upadłam, nie skoczyłam źle, nie nadepnęłam na kamyczka, nie pośliznęłam się. Ale mocarze biegowi, Ci co lubią udzielać najmądrzejszych rad, twierdzą, że to dlatego, że po asfalcie :) A czy widzieliście półmaratony, maratony tylko po miękkiej powierzchni, po trawie? Bo ja obserwuję ostanie np. we Wrocławiu i tam zawsze ulicami miasta. Bez przesady, nie trenuję na asfalcie ciągle, z reguły biegam po polach i lasach, ale asfalt tez się zdarza. Mam ok buty i jestem przekonana, że to nie przez to ,że biegłam po twardym, po prostu pech, straszny pech. I jakbym biegła po stadionie, to tez mnie to mogło spotkać. Teraz się modlę coby wreszcie przestało boleć, chodzę na pola magnetyczne, prądy i lasery. Pieszczę się ze sobą na maksa, żeby tylko kosteczka się zrosła, czytam Gallowaya dla pokrzepienia, oglądam zdjęcia Radzia ze wszystkich biegowych imprez ( dzięki) i czekam aż przestanie boleć, bo od tego czasu za dwa tygodnie ubieram buty i daję. Chodziłam tylko o kulach, ale teraz już prawie niepokracznie poruszam się po domu bez nich, tylko nie mogę siedzieć. Jedynie leżenie i to z odpowiednimi podkładkami pod wiadome miejsce :)
Nikt nie wie co to znaczy nie móc się wuefić, a zwłaszcza dla osoby tak aktywnej jak ja. Nie móc nic robić!!! Horror :) Ale jestem optymistką i codziennie wstaję rano z myślą, że to ten dzień, że już wcale nie będzie boleć i za dwa tygodnie już wracam. No niestety codziennie jest tak samo, tzn. boli cholerstwo, a czasami bardziej niż wcześniej. Dlatego, mimo, że Pan doktor powiedział mi, że jestem nerwik i muszę wrzucić na luz i "Moda na sukces" też jest dla ludzi i może tak miało być, że taka robolka aktywistka też czasami wymięka...

No może...
Mam nadzieję, że jutro już będzie lepiej, a pod koniec lipca już będę na BBL. Mania zapisana na półmaraton, a starszawa za rok niestety, ale ze zdwojoną siłą. Bo od tych kul to niezłe "muły" się wyrabiają i niezłe odciski na delikatnych rączkach:)



czwartek, 8 maja 2014

Dzisiaj na blogu o naszym wrogu:)

Nasz wróg niemiły – kontuzja, to zmora okropna. Długa, ciągnąca się w czasie i niezwykle wykańczająca psychicznie, jak mniemam, każdą biegaczkę i biegacza.
Dlaczego? Ano dlatego, że niewiele możesz zrobić, aby przyspieszyć regenerację (najczęściej naciągniętego, naderwanego, a nie daj Boże nikomu zerwanego mięśnia). Może to być mięsień w łydce, może być (tak jak u mnie) przywodziciel, może być (jak u Mani) podżebrowy i każdy inny, który wykonuje jakąkolwiek pracę w czasie biegu (i nie tylko biegu, bo Mania swoje kontuzje łapie uprawiając jogę). Gama kontuzji, które czekają na biegacza, jest bardzo szeroka. Oprócz mięśni są też inne bolączki, ale te kontuzje mięśniowe to prawdziwa zaraza (prawda, Martusiu?).
Biegam już drugi rok i myślałam, że dosyć racjonalnie podchodzę do mojej pasji. Racjonalnie, to znaczy, że mam cały czas w głowie podstawowe obowiązki zdrowotne, których przestrzegam, tym samym wystrzegając się niemiłych hipotetycznych sytuacji towarzyszących nam, biegaczom.

Zdrowe odżywianie -  ZAWSZE
Sen -  ZAWSZE
Badania - ZAWSZE
Rozgrzewka - RZADKO
Rozciąganie - ZAWSZE
Cross trening -  RZADKO

I przez takie RZADKO właśnie pomogłam kontuzji mną owładnąć i wyłączyć na wiele dni z ukochanego biegania. Oprócz tego też przegięcie z treningiem i ciągła pewność, że nic mi nie będzie, gdy spróbuję przetrenować początkowo pojawiający się niewielki bólik.
Odpuść!!!! Jeśli pojawia się jakikolwiek ból, zaczekaj aż przestanie cokolwiek pulsować i wtedy trenuj. Jeśli jesteś chojrakiem, to się załatwisz, tak jak ja, na kilkanaście już dni.

Nikt nie da nam gwarancji na uniknięcie kontuzji, ale dzięki niewielkim działaniom profilaktycznym możemy zminimalizować ryzyko ich wystąpienia. Wiele osób zaczyna biegać po latach bezczynności, po latach komputerowych i telewizorowych i w ogóle siedząco-leżących. Musimy w takiej sytuacji dać czas naszemu organizmowi na zaadoptowanie się do sportowego trybu życia i nie daj Panie Boże nie zaczynać z grubej rury, czyli dużo i często i na maksa. Większość kontuzji spowodowanych jest właśnie zbyt częstym i zbyt intensywnym treningiem i brakiem rozciągania odpowiednich mięśni, brakiem cross treningu.

Ja jestem dobitnym przykładem chojraczki, która była pewna, że super się rozciąga, bo joga, że siłowo też ok, bo z raz w tygodniu poćwiczę, a często skakanka, dwa razy w tygodniu „biegambolubię” i ćwiczenia siłowe, ale to i tak nie zapobiegło tej cholernej kontuzji.
Przeciążyłam sobie mięsień przywodziciela, tak że nie mogę już biegać drugi tydzień. Wszystko robię, aby go zregenerować: zimne okłady, masaże, taping, maść przeciwzapalna, a boli tak że nie mogę chodzić, klęczeć, a co dopiero biegać. (Podstawowa rada dla początkujących "kontuzjowiczów"- nigdy podrażnionego mięśnia nie rozgrzewajcie, jeśli jest jakikolwiek stan zapalny, to należy robić lodowe okłady, absolutnie nie gor0ące!!!!! Najlepszy jest zamrożony woreczek z groszkiem zielonym, bo dobrze się układa.) Nie ma rady, nie ma mocnych, czas regeneracji może sięgać nawet kilku, a w ekstremalnych przypadkach kilkunastu tygodni.

Ja już dostaję wariacji, bo nie mogę sobie wyjść i pobiec, bo boli i nic na to nie poradzisz.
Dlatego początkujący biegacze uważajcie z intensywnością ćwiczeń, rozgrzewajcie i rozciągajcie mięśnie, aby Was nie dopadła kontuzja, która niszczy radość i szczęście z biegania.
Dzisiaj pierwszy raz wstałam i nie czułam bólu idąc do toalety, potem przy chodzeniu czułam, ale już mniej. Może w niedzielę pobiegnę!

Precz kontuzjo!!!!!

Od teraz cross trening i solidne rozciąganie i zawsze, zawsze rozgrzewka.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Kontrowersje w bieganiu

Biegać czy nie biegać?

To wbrew pozorom często dla biegacza ogromny dylemat. Przynajmniej dla mnie-biegacza, ale podejrzewam, że u innych też tak bywa. 

Na mnie-biegacza działają często dwie sprzeczne siły, na które składa się kilka czynników.

BIEGAĆ:

1. Miłość do biegania i odnoszona z niego przyjemność, chęć "przewietrzenia głowy", poprawy humoru, wybiegania problemów, itp., czyli bieganie jako rozrywka, jako przyjemność, jako lek i sposób radzenia sobie z codziennością.

2. Sumienność biegacza, nawet jak mi się nie chce, nawet jak zalewa mnie fala obowiązków i deadlinów, rzeczy do zrobienia na wczoraj, i najłatwiej byłoby opuścić trening i rozliczyć się ze swoich powinności, po głowie kołacze się myśl: "Ale jak to - opuścić trening?!". Czasami dopuszczalne jest przesunięcie treningu, np. z wtorku na środę, ale to też z ciężkim sercem.

3. Postępowanie wedle planu treningowego - jak przygotowuję się do startu na konkretnym dystansie i robię treningi zgodnie z jakimś planem treningowym, to serce mi pęka, jeśli nie mogę zrobić czegoś dokładnie tak, jak mam w kalendarzu. Przecież wtedy to już wszystko na marne, nie będzie efektów, jeśli nie zrobię tego tak, jak jakiś mądry Pan Trener wymyślił i ułożył...

4. Lęk przed utratą formy - zazwyczaj konieczność niebiegania dopada mnie, gdy czuję, że zbliżam się do szczytu. No i jak to? Już biegam tak dużo jak dla mnie kilometrów tygodniowo, polepszyło mi się nawet tempo, chciałam pobić rekord Mamy (cwaniara przebiegła jakiś czas temu 15 km i to na razie niepobity jeszcze rekord rodzinny), a tu co - kontuzja...? Jakże to wszystko tak zatracić tylko po to, żeby 2 tygodnie się lenić po prostu? Jak to tak nie biegać? Przecież tylko słabi nie biegają, bo coś ich boli, albo zimno jest na dworze...

5. Wszelkie inne, dalszoplanowe i bardziej poboczne motywy do biegania, czyli np.: 
  • "A bo już tak fajnie mi się łydki zaczęły umięśniać"
  • "A bo tak już mi biodra się wysmukliły, jeszcze trochę i będą takie, jak zawsze chciałam"
  • "A bo serca mi już kompletnie nie dokucza, a jak nie biegam ledwie tydzień to już mi tętno skacze"
  • dla zdrowia
  • bo jak tu powiedzieć Mamie i Siostrze, że nie poszłam biegać, bo mi się np. "nie chciało"?!

Patrząc na tę listę łatwo można stwierdzić, że gdzie tu te dylematy?! Przecież sprawa jest jasna. Same plusy. Werdykt: biegać! Ale lista minusów też może dać do myślenia...

NIE BIEGAĆ:

1. Przeziębienie. Niby tylko katar i ból gardła, nie leżę w łóżku i nie jęczę, że umieram, chodzę na uczelnię i normalnie funkcjonuję, ale za oknem -15, boli mnie też głowa, mam teraz dość intensywny czas na uczelni i ogólnie w życiu i jak się dobiję tym bieganiem i zamiast 3 dni kataru i bólu gardła zrobi się tydzień w łóżku na antybiotykach albo jeszcze gorzej? Teoretycznie bieganie zwiększa odporność i jak sobie trochę potruchtam to może łatwiej i szybciej zwalczę to lekkie przeziębienie, ale co jak czyha na mnie coś gorszego i powinnam raczej 3 dni odpoczywać i wyleżeć w łóżku najwięcej jak się da, a wysiłek pogorszy sprawę? Jak rozróżnić te dwie sytuacje?

2. Kontuzja. No boli mnie trochę to kolano, nawet bardzo, ale w sumie nie wiem od czego, przecież nic takiego nie robiłam, może trochę się przeciążyło i tyle, przecież nie będę opuszczać treningu tylko dlatego, że coś mnie tam trochę boli. No ale z drugiej strony mam już kiepskie doświadczenie z kontuzją, poszłam biegać z bólem mięśnia międzyżebrowego i skończyło się na 2-tygodniowym leczeniu kontuzji. Może lepiej odpuścić 2 treningi i zapobiec kontuzji niż później zamiast 8 treningów ją leczyć? Mądry biegacz po szkodzie...

3. Najświeższy przykład - zatrucie pokarmowe. Gdyby jeszcze chodziło o trening to pół biedy, pewnie bym odpuściła, ale tu stawka była wyższa - pierwszy start na 10 km! 5 tygodni treningów - to jeszcze nie tak dużo, jakby mogło być, no ale 5 tygodni przygotowań, a tu nagle nici, bo o 4:00 nad ranem mój organizm postanowił wyrzucić z siebie wszystko i oczyścić się całkowicie? No bez jaj! Nafaszerowałam się tabletkami i pojechałam przygotowana i  ubrana w ciuchy biegowe na bieg. Z nastawieniem, że raczej nie pobiegnę, bo czuję się jak rozdeptana guma do żucia, no ale kto wie, może mi się polepszy przez tę godzinę. Na miejscu jem banana, rozgrzewam się, obserwuję i dopinguję startujących 45 minut wcześniej na 5 km, no i już wiem - biegnę. Najwyżej zejdę z trasy, jak mi będzie źle, albo przebiegnę tylko jedną pętlę, czyli 5 km, i zostanę z Moim Chłopakiem i Siostrą i będę dopingować Mamę. Startuję z Mamą i... Biegnę. Wolniej, niż Ona, zostaję w tyle, ale przebiegam cały dystans bez zatrzymania się, bez marszu, bez przerw. Pobijam też swoją życiówkę i przebiegam 10 km w takim tempie, jakie w połowie lutego miałam na o połowę krótszym dystansie. Na ostatnich kilkuset metrach Mama, która skończyła bieg 9 minut wcześniej niż ja, ciągnie mnie do mety, biegnąc ze mną i mobilizując, że będzie mniej, niż godzina, a ja daję z siebie wszystko i mam jeszcze na tyle zapasu sił, żeby ostatni kilometr uczynić najszybszym. Po biegu jestem trochę słaba, brak mi cukru i trochę trzęsą mi się ręce, nie chce mi się za bardzo jeść, tylko pić, wolno chodzę, bo brak mi sił, no ale czuję się dobrze, jestem szczęśliwa. Na dokładkę zostaję wylosowana w losowaniu nagród i dostaję 3 pary skarpetek biegowych. Żyć, nie umierać. Jemy obiad, a później idziemy na lody, świętować nasze wyniki. Postąpiłam dobrze, czy źle? Warto było, czy nie? Pół godziny po zjedzeniu lodów wracam do punktu startu - znów romansuję z toaletą. I tak do niedzielnego popołudnia. Żałowałam wtedy i zrobiłabym wszystko, żeby się tak nie czuć, z drugiej jednak strony, jak poczułam się lepiej - to cieszyłam się, że jednak pobiegłam. Nie jestem w stanie jednoznacznie określić, czy dobrze zrobiłam. Lepsze samopoczucie tuż przed startem było złudzeniem, wynikiem działania adrenaliny. Być może nie byłoby aż tak źle, gdybym darowała sobie lody i Grześka za metą. 

4. Inne, mniej poważne argumenty przeciw:
  • Bo mi się nie chce, jestem taka zmęczona, chcę leżeć i oglądać seriale albo czytać książkę. (Wybór jest jasny, o wiele przyjemniej oglądanie seriali i czytanie książki smakuje w ramach regeneracji po biegu)
  • Bo pada deszcz, bo jest brzydko, bo szaro, bo zimno, bo mróz i -15, albo upał, żar leje się z nieba. Co takiego? Nie ma złej pogody do biegania!!!
  • Bo mam dużo do pracy/nauki, sesja jest, zarywam noce na naukę, śpię max 6 godzin, a uczę się kilkanaście godzin dziennie, nie mam sił ani czasu na regenerację.
  • Bo są święta, obżeram się świątecznym babcinym żarełkiem, jestem beczułką, która tylko turla się z lewa na prawo, żeby sięgnąć po kiełbaskę, ciasto, śledzika, kapustę, itp. Żeby nie przytyć z 49 kg na 55 kg, najlepiej jest przed przemianą w świąteczną baryłkę pobiegać jakieś 10 km :)

Oczywiście dla uzależnionych biegaczy, takich jak ja i Mama, te mniej poważne "wymówki" i argumenty przeciw nie mają znaczenia. Czasem się nie chce, to jasne, biegacz nie zawsze jest uśmiechnięto-entuzjastycznie nastawiony przed wyjściem na swój trening, często jest tak że ta racjonalna część naszego umysłu musi zmusić nas do włożenia butów i wypchać nas za drzwi, ale po 5, max 10, minutach truchtania ochota zawsze przychodzi (chyba że biegnie się z naderwanym mięśniem międzyżebrowym - wtedy trzeba dzwonić po transport do domu). Jak to mówią, jeszcze nikt nigdy nie żałował wyjścia na trening! Dylematy pojawiają się w sytuacjach, kiedy istnieje ryzyko zagrożenia zdrowia i musimy zadecydować, czy trening nie przyniesie większych szkód niż korzyści. Jak to zrobić? Chyba najlepiej wsłuchać się w swoje ciało, nauczyć się odczytywać jego sygnały. Do tego trzeba czasu, nie unikniemy też nauki na własnych błędach, bo początkujący, ale już zapalony, biegacz jest bardzo ambitny i często nie wierzy w jakieś tam kontuzje. Trzeba być ostrożnym i uważać, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Pamiętajmy, że zawsze najważniejsze jest zdrowie, ale też nie do przesady - sam katar to jeszcze żadna choroba. To samo tyczy się miesiączki u kobiet. Bieganie to mój najlepszy lek na bóle menstruacyjne, bo wydzielają się endorfiny, czyli morfiny endogenne (produkowane przez nasz organizm), które działają przeciwbólowo. Przez działanie endorfin i adrenaliny właśnie łatwo jest biegaczowi przekroczyć granicę. Zdarzają się takie przypadki, że ludzie biegną ze złamanymi kończynami, skręconymi kostkami, itp., bo nie czują bólu.

Mądry biegacz, to biegacz, który zna ryzyko i unika go, ale jednocześnie nie jest leniwy ani przeczulony na punkcie swojego zdrowia. To taki biegacz, który szuka złotego środka. Który ufa swojemu organizmowi, traktuje go z szacunkiem i wie, że przeciążenie, przetrenowanie i kontuzje mu nie służą. Wie, kiedy zwolnić i odpuścić, ale też kiedy dać sobie do pieca i wycisnąć z siebie siódme poty. 

Ja dopiero się tego uczę. Próbuję się w różnych sytuacjach, sprawdzam, co mi służy, wsłuchuję się w swoje ciało. Główne zasady? Nie biegam z gorączką, nigdy. Nie biegam z bólem zatok. Kiedy mam tylko katar i lekki ból gardła - szprycuję się acerolą i idę na lekki trening (raczej długie, wolne rozbieganie niż tempówka). Coś mnie boli? Próbuję rozróżnić, czy to zakwasy, czy coś poważniejszego, usiłuję ocenić, czy trening zaszkodzi, czy nie. Ból menstruacyjny mi nie straszny - idę biegać i wracam z lepszym samopoczuciem. Mrozy mi nie przeszkadzają, trzeba się tylko odpowiednio ubrać i może wspomagać organizm witaminą C. Świetnie sprawdzi się mikstura, o której już pisałyśmy, a dzięki której przeziębienia i wirusy już nas prawie nie dotyczą (a do pierwszego roku studiów byłam najbardziej chorowitą osobą w klasie:)). 

Jaki jest zatem werdykt końcowy? 

BIEGAĆ. Ale z głową. I... CZASAMI NIE BIEGAĆ. 

Tak po prostu. Po 2 tygodniach leczenia kontuzji wróciłam do formy biegowej bardzo szybko, a co najlepsze, bardzo szybko wzniosłam tę formę na poziom, o jakim wcześniej jeszcze nawet nie marzyłam. 

I po raz kolejny chwalimy się wynikami.
Nasza Starszawa - duma rodziny, pobiegła 10 km w 50:40. W maju na biegu w naszym rodzinnym mieście na pewno zejdzie poniżej 50 minut, a to już nie byle co! Wielkie brawa dla Mamy!
Ja z zatruciem - 59:13. Ogólnie celowałam w okolice godziny, bo najlepszy czas jaki udało mi się ukręcić na treningu 2 tygodnie temu, to było 1:03:58, startując i mając świadomość, że od 8 godzin zmagam się z zatruciem, celowałam w zmieszczenie się w czasie wyznaczonym przez organizatorów, czyli 80 minut.

Zobaczymy, o ile uda nam się poprawić czasy 25 maja. A 3 maja rozpoczynamy realizację dłuuuugiego planu treningowego do... Półmaratonu! :) 


Na finiszu dajemy z siebie tak dużo, że wyglądamy prześmiesznie :)