Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczęście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczęście. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 kwietnia 2015

Makaron z sosem z awokado i warzywami

Składniki:

  • makaron pełnoziarnisty, np. świderki (ilość uzależniona od tego, jak dużą porcję chcemy zjeść)
  • pół dojrzałego awokado
  • mały ząbek czosnku lub czosnek sproszkowany
  • 1/3 małej czerwonej cebuli
  • 4 rzodkiewki
  • 1 duży pomidor
  • 3/4 łyżki oliwy z oliwek lub oleju rzepakowego
  • sól, pieprz, bazylia
  • opcjonalnie: rozmaryn; nasiona chia 

Przygotowanie:

  1. Makaron ugotować al dente, dodać odrobinę soli (ja używam himalajskiej; morska też spoko, ale ogólnie soli starajmy się unikać - zatrzymuje wodę w organizmie, przez co wyglądamy na wydętych i o wiele grubszych, niż rzeczywiście jesteśmy ;) a to tylko niewinna woda! A smakiem się nie przejmujcie, przebiedujcie tydzień-dwa z mniejszą ilością soli i innych ulepszaczy smaku i nie zauważycie różnicy. Kwestia przyzwyczajenia i kubków smakowych, które co 10 dni się "odradzają" na nowo, już z zupełnie nowymi upodobaniami kulinarnymi, zależnie od tego, do czego je przyzwyczaimy. Magia? Biologia!).
  2. Awokado przekroić na pół i rozparcelować tak, żeby w jednej z połówek została pestka, włożyć ją do lodówki na później - wtedy nie sczernieje. Drugą połówkę obrać i pokroić na mniejsze części, dorzucić czosnek świeży lub w proszku, dosypać odrobinę soli, szczyptę pieprzu i bazylii, dodać olej. Całość zblendować na gładką masę. 
  3. Cebulę obrać, umyć i drobno poszatkować; pomidora umyć i pokroić w kostkę; rzodkiewki obrać, umyć i również pokroić w kostkę.
  4. Masę z awokado przełożyć na rozgrzaną patelnię, dolać nieco wody i rozmieszać, dorzucić do tego ugotowany makaron. Dokładnie wymieszać makaron z sosem. Dorzucić cebulę, pomidora i rzodkiewki, doprawić do smaku i grzać parę minut na małym ogniu, żeby warzywa nieco puściły soki i danie nabrało smaku. Opcjonalnie można dosypać rozmarynu i nasion chia. 
Voilà! Danie gotowe. Obiad robi się sprawnie i szybko, a jednocześnie jest zdrowy i pyszny. Trochę też wiosenny :) Lekki, ale sycący. Dodaje energii i poprawia humor nawet. Złożone węglowodany plus tłuszcze jednonienasycone, bomba witaminowa i odżywcza w warzywach i awokado. Palce lizać. Jakby komuś brakowało białka, to można spróbować dorzucić łososia wędzonego (nie próbowałam, ale na samą myśl cieknie mi ślinka), albo jakiegoś grillowanego kurczaka, ale to już nie wiem, czy by pasowało. Ja białko dostarczyłam z nasionami chia :)



Pamiętajcie, że składniki sukcesu i zdrowego życia, to między innymi: zrównoważona dieta, aktywność fizyczna dopasowana do możliwości i potrzeb, regeneracja i aktywny odpoczynek (ale i bierny od czasu do czasu jest niezbędny), dbanie o swoją sferę emocjonalną (skuteczne i zdrowe sposoby radzenia sobie ze stresem, świadome zarządzanie swoimi emocjami, samoświadomość, "odsączanie" negatywnych emocji), dbanie o bliskie i dalsze relacje, samorozwój i satysfakcja ze swojej pracy, życie w zgodzie z własnym organizmem, słuchanie i umiejętność rozpoznawania jego sygnałów oraz wiedza, kiedy zmęczenie to znak, że trzeba pójść pół godziny wcześniej spać i to wystarczy, a kiedy zwiastun czegoś nieco poważniejszego i sygnał, że dobrze by było przeleżeć sobotni wieczór w dresie z książką, lampką wina i kotem na kolanach, bo inaczej zwariujemy. Nawet jeśli w tym szaleństwie też jest metoda :) 

piątek, 12 września 2014

Tajemniczy składnik treningu, który odmieni Twoje życie.

Nie wszyscy go znają. Niektórzy traktują go pobłażliwie, nie dowierzają w jego skuteczność, albo kompletnie go ignorują. A mówi się, że to tak samo ważna, jak nie bardziej, część treningu, co sam trening. Wiecie, o czym mówię?

REGENERACJA.

Niby banał, no bo po prostu trzeba spać 7-8 godzin i nie trenować codziennie. Ja myślę o regeneracji w nieco inny sposób i mam nadzieję przekazać Wam bardziej holistyczne podejście do tej sprawy.

Według mnie, regeneracja to wszystko to, co składa się na nasze życie poza treningami. Nie wystarczy spać 7 godzin dziennie i robić jeden czy dwa dni odpoczynku (rest day z angielska) w tygodniu, jeśli poza tym w weekendy zalewamy się w trupa, po treningu puszczamy dymka, żywimy się tylko kebabami i jajecznicą, a przez cały tydzień po 10 godzin siedzimy przy biurku i mamy taki poziom stresu, że kłęby dymu ze spalonych przewodów wydostają się już przez nasze uszy.

Regeneracja wymaga podejścia do swojego ciała z uwagą i troską. Rozpoznawać, co nam służy, a co nie. Trening, który ma na celu tylko i wyłącznie, kolokwialnie mówiąc, przypakowanie, albo schudnięcie, albo zabicie wyrzutów sumienia, może nawet szkodzić. Wysiłek fizyczny nie jest dla naszego organizmu obojętny, tym bardziej jeśli jest bardzo intensywny, lub po prostu niedostosowany do naszych możliwości. Jeśli trening to element, który funkcjonuje w zupełnym oderwaniu od reszty naszego życia i nic w nim nie zmienia, to bardzo prawdopodobne, że szybko poznamy, co to kontuzja, przetrenowanie, czy spadek motywacji. 

Człowiek to całość. Nie da się go porozdzielać na odrębne kawałki. Jeśli chcesz żyć zdrowo, w zgodzie ze sobą, jeśli chcesz czuć się dobrze i pracować nad równowagą w Twoim organizmie, to uważam, że warto zwrócić uwagę na następujące elementy:

  1. Poziom treningu. Czy jest dostosowany do Twoich możliwości? Czy nie robisz niczego ponad swoje siły? Zastanów się nad tym. Lepiej zacząć powoli, delikatnie, i stopniowo zwiększać intensywność. Trening dostosowany do możliwości sprawia większą przyjemność i zwiększa motywację do dalszej pracy. Po prostu da się go pokochać.
  2. Sen. Tak, wiem, wszędzie się o tym tłucze, że trzeba spać 7-8 godzin, a Ty śpisz po 5-6 i czujesz się dobrze? Do czasu... Sen to podstawa. Niektórzy potrzebują go więcej, niektórzy mniej, spróbuj wyczuć, ile Ty go potrzebujesz. Staraj się budzić się z poczuciem wyspania i energii. Inaczej bardzo łatwo o przetrenowanie, brak chęci do czegokolwiek i ogólne zblazowanie.
  3. Sposób odżywiania. Jak człowiek trenuje, to potrzebuje dostosować do tego swój sposób jedzenia. Czyli przede wszystkim co i kiedy je. Ciężko odbudować i zregenerować mięśnie po treningu zestawem z pierwszego lepszego fast-fooda. Nasze ciało to nie śmietnik, wypadałoby traktować je z szacunkiem, no bo bądź co bądź - mamy tylko jedno. Niedopuszczalne jest też głodzenie się! Do treningu potrzebne jest paliwo! Oczywiście, inaczej powinny odżywiać się osoby, które chcą zrzucić wagę i uprawiają sporty wytrzymałościowe, takie jak bieganie, a inaczej ci, którzy pracują nad rozbudowaniem masy mięśniowej. Żadna z tych osób nie powinna jednak trenować na głodnego, bo bez paliwa organizm będzie o wiele mniej wydajny, przez co trening nie będzie taki, jakbyśmy chcieli, bo po prostu zabraknie nam sił. Poza tym nie działa to dobrze ani na odchudzanie, ani na rzeźbę - raczej na gromadzenie tkanki tłuszczowej, bo organizm będzie się bronił przed głodem i odkładał "na zapas". Dlatego warto trenować ok 2-3 godziny po głównym posiłku, a po treningu zjeść przekąskę na 100-200 kcal, która pozwoli zregenerować mięśnie, albo odwrotnie - ok. 30 min przed treningiem wszamać przekąskę, a po treningu zjeść główny posiłek. Nagradzajmy się jedzeniem za wysiłek, który włożyliśmy w trening, bo zasługujemy na to. Niektórzy tylko muszą przedefiniować "nagradzanie się" - no bo jak można nazwać nagrodą słoik nutelli albo pudełko pizzy, skoro wcale nie są one dla naszego organizmu dobre ani przyjemne? A, przepraszam, przyjemne są, przez jakieś 10 minut po fakcie, bo jest nam słodko, czy tam tłusto, i cudownie. Później przychodzą wyrzuty sumienia, szybki głód i chęć na więcej, problemy z trawieniem, ospałość i brak energii, a nawet problemy z cerą, bo organizm próbuje wyrzucić z siebie te toksyny przez skórę. Hm. Warto było? Nagradzanie się za wysiłek powinno polegać na dostarczaniu sobie tego, czego organizm potrzebuje - świeżych warzyw i owoców, produktów zbożowych z pełnego przemiału, nabiału, mięsa, ryb, zdrowych tłuszczy, itp. itd., wiemy o co chodzi. Oczywiście nikomu nie zaszkodzi kawałek ulubionego ciasta czy kanapka z nieszczęsną nutellą raz na jakiś czas, choćby i raz na tydzień, pod warunkiem, że potrafimy to kontrolować i zjeść normalną, rozsądną porcję, a nie pół blachy, czy cały słoik. Grunt, żeby mieć zdrowe nawyki i na ogół zdrowo jeść, a tzw. cheat meal choćby raz na tydzień jest nawet pożądany. Byleby jeden taki cheat meal nie osiągał takich wartości kalorycznych, jakie pochłaniamy normalnie w ciągu 3 dni. O odżywianiu się można by długo, w skrócie chodzi jednak o to, żeby poprzez jedzenie zapewniać sobie energię, siłę i regenerację, a przy tym przyjemność.
  4. Substancje psychoaktywne. Sama wiem, jak to jest, kiedy chce się biegać dzień po piciu alkoholu. Dla mnie to okrutne uczucie i zdarzyło mi się może dwa razy, od tego momentu, jeśli mam ochotę na alkohol, to piję go tylko wtedy, jeśli następnego dnia nie mam treningu. Jednak dwa piwa lub butelka cydru to mój stanowczy górny limit, od święta. Alkohol szkodzi, zawsze i wszędzie, nieważne w jakich ilościach, o jakiej porze dnia, ani z kim pijemy. Po prostu szkodzi. Utrudnia regenerację i wybija organizm z rytmu. A co dopiero kac, albo, co gorsza, zatrucie alkoholowe? Nasz organizm po prostu nas błaga: Nie rób mi tego więcej! Dobra regeneracja wg mnie oznacza brak alkoholu. Albo alkohol w bardzo nieznacznych ilościach, no bo, znowu, nie ma po co sobie niczego całkowicie, absolutnie i na zawsze odmawiać. Papierosy natomiast są w moim mniemaniu nie do pogodzenia z treningiem i ciężko mi sobie wyobrazić taką wybuchową mieszankę. Wydaje mi się, że jak się trenuje, to o wiele mniej chce się pić czy palić. Inaczej jest pewnie w przypadku osób uzależnionych, ale za to wysiłek ułatwia rzucenie picia/palenia.
  5. Siedzący tryb życia. Nie działa na nas zbyt dobrze. Mięśnie mamy spięte, po pewnym czasie wszystko zaczyna boleć, a nasza przemiana materii sięga poziomu leniwca. Warto choćby co godzinę wstać, przejść się, poruszać się przez 15 minut, porozmawiać albo wypić kawę na stojąco, porozciągać się trochę. Poranne przebiegnięcie 15 km i późniejsze 8 godzin na krześle trochę się kłóci ze sobą i skutkuje poważnym brakiem równowagi.
  6. Chroniczny stres. Trening oddziałuje na organizm w podobny sposób jak stres. Pełna mobilizacja organizmu, adrenalina, podwyższone tętno, itp. Dlatego poza treningami warto się wyciszyć. Zwolnić. Zrelaksować się. Oczywiście, że każdy ma swoje problemy, pracę czy naukę, obowiązki, odpowiedzialność, co powoduje stres. Ale do pewnego stopnia możemy to kontrolować - sposób, w jaki reagujemy w stresowych sytuacjach, nasze nastawienie i sposób myślenia, a przede wszystkim to, jak sobie z tym stresem radzimy. Zamknięcie oczu i policzenie do 10 działa czasem cuda, nie mówiąc o technikach oddechowych i innych technikach relaksacyjnych, jodze, masażach, relaksie w ciepłej kąpieli z książką, itp. O takich sposobach też warto pamiętać i fundować sobie czasem taki relaks dla ciała i ducha.
  7. Rozciąganie. W mięśniach gromadzi się bardzo dużo napięcia, przez treningi i stres. Rozciąganie jest absolutnie konieczne po treningu, fajnie by było poświęcić mu trochę uwagi i czasu, a nie z niechęcią i niedbale odhaczyć. Podczas trenowania mięśnie się napinają i kurczą, warto je porządnie rozciągnąć i rozluźnić, by powróciły przynajmniej do stanu sprzed treningu. To potrafi być zbawienne i znacząco ograniczyć potreningowe bóle. Uważam, że warto też rozciągać się niezależnie od treningu, po prostu codziennie, żeby zrelaksować mięśnie. Nie wiem czy wiecie, ale nie tylko napięcie psychiczne (stres, itp.) powoduje napięcie mięśni, ale i na odwrót - napięcie mięśni też wpływa na to psychiczne. Im bardziej rozluźnione ciało, tym bardziej zrelaksowany umysł.


    Pamiętajcie o rozciąganiu!:)

  8. Inna aktywność fizyczna. Warto też poruszać się czasami dla samego ruchu, nie dla wyników, efektów. Dla samej przyjemności płynącej z lekkiej, rekreacyjnej aktywności fizycznej. Dlatego czasami można poćwiczyć jogę, wybrać się na rolki, a nawet na zwykły spacer. Świetnie działa zabawa z psem, czy aktywne spędzanie czasu z dzieckiem, wycieczka rowerowa. Albo nasz standardowy trening o nieco mniejszej intensywności, bez parcia na wynik, na pięcie się w górę. Przetruchtanie 5 km w tempie 7:30 min/km wciąż jest świetnym sposobem na ruch i wciąż dostarczy Ci ogromnej przyjemności, nawet jeśli Twój standardowy trening to 15 km w tempie 5:30. Zawsze warto mieć przed oczami szerszy obraz. Po co to robimy? Dla siebie, dla własnej przyjemności i satysfakcji. Dobrze by było o tym nie zapomnieć. Pamiętajmy zawsze, że najważniejsza jest radość z treningów - gdy to zanika, to znak, że coś trzeba zmienić.
A co Wy sądzicie o regeneracji?:)


 

środa, 20 sierpnia 2014

Strzeżcie się złotej klatki! Czyli co nieco o samorozwoju.

Zrób coś, czego się boisz. 

Powiedz komuś "nie". Nie zabijaj tego pająka. Zagadaj do nieznajomego. Wybierz najtrudniejsze zajęcia na uczelni. Skocz na głęboką wodę. Opowiedz komuś o swoich uczuciach. Powiedz mu, że Cię zranił. Nie zamykaj się w sobie. Załatw sprawę w urzędzie. Zawalcz o swoje. Weź sprawy w swoje ręce. Poproś o coś. Pokaż, że masz słabości.

Zrób coś, co wydaje Ci się trudne. 

Upiecz ciasto. Zadzwoń do osoby, z którą jesteś pokłócony, i zapytaj, co u niej. Pójdź pobiegać. Spoć się na siłowni. Zdobądź jakiś szczyt. Zjedz coś, co wydaje Ci się, że jest obrzydliwe. Porozmawiaj z bezdomnym. 

Dlaczego?

Na co dzień żyjemy w naszym wygodnym, przez lata uformowanym i określonym w jakichś ramach życiu. W naszej złotej klatce. Rzadko zastanawiamy się nad tym, co robimy. Rzadko w ciągu dnia przystajemy na moment i świadomie podejmujemy decyzję. Większość decyzji właściwie, podejmujemy automatycznie, bez zastanowienia się. "Tak zawsze było i tak będzie. Nie ma się nad czym zastanawiać."

Jesz kostkę czekolady. Smakuje Ci. Jesz kolejną. Kończysz na całej tabliczce. Zdenerwował Cię ktoś w pracy. Wracasz do domu i wrzeszczysz na męża. Idziesz na imprezę. Upijasz się i palisz papierosy, mimo że rzuciłaś. Masz zły humor. Płaczesz, obwiniasz wszystkich wokół, puszczasz smutną muzykę i narzekasz każdemu, kto chce posłuchać.

Czy podejmujesz świadomą decyzję, że zjesz tabliczkę czekolady? Że odreagujesz na mężu? Że upijesz się i wrócisz do palenia? Że będziesz się celowo bardziej dołować?

Czy przed kupieniem i zjedzeniem batona, zapytałeś się siebie kiedykolwiek, czy ze świadomością, że ten baton gwałtownie podniesie Ci poziom cukru, co jest bardzo przyjemne i uzależniające, a później szybko Ci ten cukier spadnie i poczujesz chęć zjedzenia kolejnego, że niedługo po jego zjedzeniu będziesz bardziej głodny niż przedtem, że trujesz swoje ciało całą masą chemii i substancjami znacznie bardziej szkodliwymi od białego cukru, że po zjedzeniu czegoś takiego obniży Ci się nastrój, będziesz senny i brak będzie Ci energii, MIMO TO podejmujesz decyzję, że chcesz go zjeść? Czy pytasz siebie, czy nie lepiej zjeść czegoś, co też będzie smaczne, a zaspokoi Twój głód i doda Ci energii? 

Czy gdy jesteś smutna, zdenerwowana, pytasz siebie samą, czy świadomie chcesz pogorszyć sobie nastrój, wiedząc, że możesz też wybrać rozmowę z przyjacielem, wyjście na spacer, pożywny posiłek, wesołą muzykę, pozytywną książkę, albo po prostu pozytywne myślenie i inną interpretację rzeczywistości, a później podejmujesz decyzję, że MIMO TO wciąż wolisz pogrążyć się jeszcze bardziej w kiepskim nastroju?

To jest Twoja złota klatka. Bezpieczne rozwiązania, które do tej pory się sprawdzały (czyżby?) i masz je zaprogramowane na autopilocie. Wiecie, jak to jest. Nawet jeśli złota, to wciąż klatka. Nawet jeśli w kwiatki i pachnący, to wciąż papier toaletowy. Jesteśmy zniewoleni naszymi automatycznymi decyzjami, tym, co podaje nam się na tacy, tym, co najłatwiejsze i najprostsze, tym, co wygodne.

Ale czy to kiedykolwiek da nam szczęście? 

Wiem, że łatwo jest ponarzekać i widzieć wszystko w czarnych barwach. Wiem, że łatwo jest ćwierkać żałośnie na żerdzi w złotej klatce, choć drzwiczki są otwarte. 

Ale drzwiczki otwarte. Decyzja należy do Ciebie. 

Co w tej chwili pomyślałeś? "Fantastycznie! To fenomenalna wiadomość! Jeśli rzeczywiście to zależy od mojej decyzji, to mogę to zmienić. Mogę być szczęśliwy. Mogę sam się uszczęśliwić!", czy może: "Takie tam gadanie. Przecież wiadomo, że to nieprawda. Gdyby to było takie proste, to wszyscy chodziliby szczęśliwi jak po działce.".

Nikt nie mówi, że to jest proste. To wydaje się proste. Co to za wysiłek, postanowić, że będzie się szczęśliwym? No cóż, to ogromny wysiłek. To wiąże się z nieustanną pracą nad tym, żeby świadomie kierować swoim postępowaniem. Żeby szukać pozytywnych stron. Żeby cieszyć się, że właśnie teraz pada. Albo że właśnie teraz jest okrutnie gorąco. Żeby nie czekać zawsze na coś. "Jest za ciepło." = "Czekam, aż się ochłodzi, wtedy będę szczęśliwa."; "Mam za dużo pracy." = "Czekam, aż odpocznę, wtedy będę szczęśliwa."; "Nudzi mi się." = "Nie mam co robić, jak będzie się coś działo, to będę szczęśliwa". Nie jest proste pomyśleć: "Jak cudownie, że dziś pada. Uwielbiam siedzieć owinięta kocem, przy zapalonej świecy, pić gorącą herbatę i czytać dobrą książkę, gdy za oknem bębnią krople, a świat się oczyszcza"; albo: "Fantastycznie, że mam dużo pracy. Mogę się wykazać, napotykam dużo wyzwań, jestem zmęczona, ale sprawdzam się, mam z tego satysfakcję, a wieczorem zafunduję sobie chwilę relaksu.". To są najprostsze, codzienne przykłady. Trudno jest to zrobić, przełamać swoje schematy myślowe i pomyśleć inaczej niż zwykle. Trudno jest być wdzięcznym za to, że jest jak jest, jeśli to jest sprzeczne z naszymi oczekiwaniami. Tym trudniej jest zachować pozytywne nastawienie i pracować nad myślami w sytuacjach poważniejszych, niż pogoda czy zmęczenie. Ale wiesz co?

Mam propozycję.
Przestań żałośnie ćwierkać i czekać, aż jakaś pomocna dłoń wyciągnie Cię z klatki i wyrzuci Cię za okno w zacinający deszcz. Masz skrzydła, więc polecisz, zmokniesz, zlepią Ci się piórka i wrócisz, żałosny i zapłakany, do swojej złotej klatki.

Wyfruń sam. Poczuj jednocześnie wolność i odpowiedzialność za siebie i swoje życie. Pokieruj sobą samym. Pofruń tam, gdzie masz ochotę. Zrób coś, czego się boisz. Zrób coś, co wydaje Ci się trudne. 

Bo wyjście ze strefy komfortu to Twoja największa szansa na rozwój. Czy nie warto przekraczać swoich granic, czy nie warto zrobić czegoś, co nie jest proste, komfortowe ani wygodne, ale otworzy Ci to kolejne pole do rozwoju, da szansę na nowe, pozytywne doświadczenia, odmieni Twoje życie na lepsze, sprawi, że oswoisz swoje lęki, bo okażą się sprzeczne z rzeczywistością i sprawi, że odnajdziesz drogę do szczęścia? Życie nie jest takie straszne, jak Ci się wydaje. Jeśli wyfruniesz raz, dwa razy, to zobaczysz, że nic złego Ci się nie stanie. Nawet jeśli się poobijasz, albo zmokniesz, czy zmarzniesz. A wiesz, co zyskasz w zamian? Piękny błękit nieba. Promyki słońca grzejące Twoje skrzydła. Powiew wiatru, radość z latania, piękne widoki pól, lasów, roślin i milionów gatunków innych zwierząt. Poczujesz, że świat stoi dla Ciebie otworem. 

Masz skrzydła. 
Opuściłeś klatkę.
Możesz wszystko. 

Co z tym zrobisz?



niedziela, 20 kwietnia 2014

Flow - poczucie przepływu.

Dziś będzie tak poważnie, naukowo. Psychologicznie. Źródłem informacji jest jedna tylko, aczkolwiek opływająca w informację, pozycja, dlatego daruję sobie przypisy w nawiasie po każdym zdaniu i źródło cytowania wstawię na końcu posta. Całość tekstu jest efektem mojego przeżucia, połknięcia i przetrawienia zawartej w książce teorii, opartej oczywiście na wynikach badań autora. Brzmi groźnie, co? Mimo wszystko zapraszam, bo będzie o czymś tak powszechnym i pożądanym przez nas, jak szczęście. I droga do niego.



Już Arystoteles twierdził, że obiektem największego pożądania ludzkiego jest szczęście. Szczęście i tylko szczęście - wszelkie inne nasze zachcianki, pragnienia i potrzeby mają dać nam właśnie poczucie szczęścia. Próbujemy osiągnąć je na różne sposoby - poprzez zdrowie, piękno, pieniądze, władzę, itp. Szczęście to pojęcia złożone i niejasne. Czym jest szczęście? Spróbujcie je zdefiniować, na własne potrzeby. Czym dla Was jest szczęście? Okażę się, że dla każdego czymś innym. Jak zdefiniować tak zróżnicowane zjawisko? I w efekcie tego - jak określić sposób na osiągnięcie tego stanu, skoro nie wiadomo dokładnie, czym jest?

Mihály Csíkszentmihályi (rozwieję wątpliwości - jest Węgrem) postawił sobie pytanie: kiedy ludzie czują się najbardziej szczęśliwi? I przez 25 lat stopniowo odpowiadał na to pytanie, przeprowadzając badania i rozwijając swoją teorię.

To, co możemy określić na pewno, to fakt, że szczęście nam się nie przydarza. To nie jest coś, co spotykamy w swoim życiu, to nie jest coś, co zależy od przypadku. Nie zależy od wydarzeń zewnętrznych, ale od... naszej interpretacji tych wydarzeń. Wiecie, co to znaczy? Że nasze szczęście zależy w 100% od nas samych. Przecież to od nas zależy, jak zinterpretujemy, w jaki sposób odbierzemy konkretne zdarzenie. Możemy podjąć decyzję. Sami jesteśmy za to odpowiedzialni. To jest tak proste, a jednocześnie tak doniosłe i jestem przekonana, że dla wielu kompletnie rewolucyjne, że pokuszę się o powtórzenie tego w cytacie.
"(...) szczęście nie jest czymś, co się wydarza. Nie jest wynikiem uśmiechu losu ani dziełem przypadku. Nie można go kupić za pieniądze ani uzyskać dzięki władzy. Nie zależy od wydarzeń zewnętrznych, ale raczej od naszej ich interpretacji. Szczęście jest stanem, do którego należy się przygotować, a gdy się go osiągnie, trzeba go starannie kultywować. Każdy z nas musi bronić własnego szczęścia. Ludzie, którzy posiądą umiejętność kontrolowania wewnętrznych doświadczeń, będą w stanie sami decydować o jakości swojego życia(...)."

Wynika z tego zachwycająco prosta prawda. Jeśli jesteś nieszczęśliwy, to sam sobie jesteś winien. Oczywiście, często jesteśmy świadkami czy ofiarami traumatycznych zdarzeń. Nie jest moim zamiarem umniejszanie znaczenia tych doświadczeń, są to zdecydowanie sytuacje, kiedy mamy prawo odczuwać smutek, gniew, mamy prawo być nieszczęśliwi i zdezorganizowani, są to wręcz reakcje adaptacyjne - czyli naturalne i przystosowawcze. Wielu z nas może opowiedzieć o takich doświadczeniach w swoim życiu, wbrew pozorom nie jest to rzadkie. Czy jednak takie osoby już nigdy nie mogą zaznać szczęścia, nie mają do tego prawa? Czy już na zawsze mają tkwić w przeżytej tragedii, zakotwiczać się w niej i bać się otworzyć na szczęście? Z całą pewnością nie. Samo życie pokazuje nam, że niektóre osoby, które spotykamy, doświadczyły w życiu niewyobrażalnych trudów i traum, a dziś są uśmiechnięte i szczęśliwe. W ich sytuacji wypracowanie własnego szczęścia jest zapewne miliardy razy trudniejsze. Często jednak jest w ich zasięgu.
Tym bardziej zmotywowane powinny być osoby, które takich doświadczeń nie miały i już na starcie mają ułatwioną sprawę.  

I tutaj pojawiają się schody. Bo jeśli chcemy szukać tego szczęścia świadomie, to go nie znajdziemy. No i cały nasz entuzjazm i motywacja opada, no bo jak to? Przecież to bez sensu...

"Nie znajdziesz szczęścia, poszukując właśnie jego, ale jedynie przez całkowite zaangażowanie we własne życie, w każdy jego najdrobniejszy szczegół, dobry czy zły."

Viktor Frankl opisuje to tak:

"Nie staraj się osiągnąć sukcesu - im bardziej uczynisz go swym celem, tym trudniej będzie ci go zdobyć. Ponieważ sukces, podobnie jak szczęście, nie jest czymś, za czym można się uganiać - musi wyniknąć... jako niezamierzony efekt uboczny poświęcenia się czemuś większemu niż własny los."
Zatem odpada najprostsze rozwiązanie. Robi się nieco trudniej i bardziej zawile. Ale to nic.

Otóż do szczęścia trzeba iść naokoło. Drogą, którą Csíkszentmihályi "odkrył" w trakcie swoich 25-letnich badań. Pierwszym krokiem jest uzyskanie kontroli nad własną świadomością. Chodzi o optymalne doświadczenie. To chwile, "w których - zamiast ulegania anonimowym siłom - czujemy, że kontrolujemy nasze działania, że jesteśmy panami swojego losu. W tych rzadkich momentach odczuwamy uniesienie, głębokie zadowolenie, które przechowujemy w sobie przez długi czas i które w naszej pamięci staje się miarą tego, jakie powinno być nasze życie". Wbrew pozorom nie potrzeba do tego idealnych warunków zewnętrznych - przeżywały to nawet osoby, które były więzione w obozach koncentracyjnych! Te chwile nie zdarzają się raczej, gdy jesteśmy bierni i odpoczywamy. Chodzi o sytuację, gdy dobrowolnie doprowadzamy ciało lub umysł do granic napięcia, w celu wykonania czegoś trudnego i dla nas wartościowego. Czyli dla sportowca, nawet amatora, będzie to przekroczenie własnych granic, pobicie swojego rekordu. Dla mnie będzie to np. przebiegnięcie pierwszych w życiu 15 km, kiedy zapewne nogi będą mi się trzęsły od wysiłku i zmęczenia, ciało będzie mnie bolało i ogólnie padać będę na mordę, bo zajęłoby mi to pewnie koło 1:40. Albo urwanie kilkunastu sekund z najlepszego czasu na 5 km, czy też kilku minut na 10 km. Płuca pewnie bym wypluwała. Wszystko by mnie bolało. A na samą myśl, aż przebieram nogami ze zniecierpliwienia, żeby to zrobić. 

"Uzyskanie kontroli nad własnym życiem nie jest łatwe, a czasem może być bolesne. Jednakże w dłuższej perspektywie optymalne doświadczenia dają człowiekowi poczucie panowania - a nawet świadomość uczestnictwa w decydowaniu o treści własnego życia - co jest najbliższe szczęściu w jego konwencjonalnym rozumieniu."

Czyli... angażując się w taką czynność (są tysiące możliwości, oprócz sportu może to być pisanie wierszy, gra na instrumencie, joga, nawet matematyka), czujemy, że mamy wpływ na nasze życie. Że jest ono pod naszą kontrolą. Że robimy coś, co jest zależne całkiem od nas, robimy to z własnej woli, bo lubimy, przekraczamy jakieś swoje granice, osiągamy osobiste sukcesy i robimy coś, co nie podejrzewaliśmy, że jesteśmy w stanie zrobić. 

I to jest przepływ. Tak duże zaangażowanie i pogrążenie w danym zajęciu, że nic innego nie ma w tej chwili znaczenia, a w dodatku powtarzanie tego doświadczenia mimo czasem wielkich kosztów, żeby tylko to poczuć. Żeby poczuć przepływ. Żeby dobrze zrozumieć, o co w tym chodzi, przytoczę przykład jednej z badanych przez Csíkszentmihályi'a osób, czyli robotnika, Rico Mendellina. On często czuł przepływ w swojej pracy, a pracował przy taśmie montażowej! Jego kawałek roboty, którą wykonuje przy każdym aparacie, który jedzie na tej taśmie, powinien zająć 43 sekundy. Dziennie obrabia około 600 takich aparatów. Nuda, co? Rico pracuje tam ponad 5 lat i nieustannie odczuwa satysfakcję z pracy. Jakim cudem? Bo stara się pobijać własne rekordy, tak jak ja, gdy staram się polepszyć moje babciowe tempo w bieganiu. No i tak oto Rico szukał sposobu i drogi do tego, by obrabiać jeden aparat w jak najkrótszym czasie, doszedł do dziennej średniej (!) 28 sekund przy jednym urządzeniu. Co najdziwniejsze, nie robi tego dla pieniędzy, dla podwyżki, tylko dlatego, że sprawia mu to satysfakcję. Wystarczy mu to, że wie, iż jest w stanie to zrobić. I zbliża się ten moment, kiedy już nie będzie w stanie urwać kolejnych sekund i pracować jeszcze szybciej, dlatego chodzi na dodatkowe kursy elektroniki, a kiedy je ukończy - poszuka trudniejszej pracy i proces się powtórzy. Wtedy nie zaistnieje coś takiego, jak "nielubiana praca". Nawet tak monotonna i nie dostarczająca wrażeń praca, jak stanie przy taśmie montażowej, może dostarczać nam poczucia przepływu, a zatem szczęścia i satysfakcji. Fajnie? 

Nie opiszę tutaj całej teorii  i całej drogi do szczęścia, o której mówi Csíkszentmihályi. Dlatego zapraszam do lektury - książka napisana jest dla szerszej publiki, niż studenci psychologii :) Warto przeczytać i co nieco się na ten temat dowiedzieć. Ja, póki mam jeszcze czas do terminu oddania książki do biblioteki, napiszę jeszcze jednego posta na ten temat - o warunkach przepływu, czyli kiedy się najczęściej pojawia, przy jakich działaniach, czy są może jakieś uwarunkowania środowiskowe czy biologiczne, które zwiększają szanse na jego wystąpienie. Zapraszam więc niedługo na kolejnego posta w tym temacie.

Ja oczywiście odczuwam przepływ, gdy przekraczam swoje granice w bieganiu. Pamiętam jeszcze moje pierwsze 6 km przebiegniętych bez zatrzymywania się - cudowne uczucie. Pierwsze 10 km w życiu. Pierwsze 12 km. Poprawa czasu na 5 km. Pierwsze przebiegnięcie 10 km na zawodach z dość dobrym czasem poniżej godziny i z zatruciem pokarmowym. I właśnie to jest to. Mimo że wymiotowałam później cały wieczór, to nie żałuję. Dla tego uczucia było warto :) To jeden z powodów, dla których bieganie tak uzależnia! I nie tylko bieganie oczywiście, także inne sporty. Gorąco polecam, żebyście znaleźli dla siebie taką czynność, która pozwoli Wam na odczucie przepływu. Dajmy się ponieść :) My tak popłynęłyśmy dziś po śniadaniu wielkanocnym. Mało tego, udało nam się wyciągnąć na bieganie Dziadka Mocarza, który niegdyś (nie tak dawno temu, jak ja byłam małym szczylkiem) biegał po 14 km dziennie i chciał przebiec maraton. Niestety biegać przestał, dziś jednak znów poczuł z nami biegową radość! Co prawda nie przebiegł całego dystansu, ale jak na tak długą przerwę i 68 lat poradził sobie fantastycznie. I zapowiedział, że jutro znów zabierze nas na bieganie po swojej starej trasie biegowej - piękne leśne tereny. Bieganie z Siostrą, Mamą i Dziadkiem? To nazwę przepływem z całą mocą tego słowa:)





Csikszentmihalyi, M. (2005). Przepływ. Psychologia optymalnego doświadczenia. Taszów: Biblioteka moderatora.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Nasze bieganie już raczkuje.

Dzisiaj WIELKI DZIEŃ! Równo rok temu zaczęłyśmy biegać (ja z Julcią, bo Martusia będzie miała swoją rocznicę w lipcu, ale czynnie uczestniczy z nami w świętowaniu)! 



To było 8 kwietnia 2013 roku (znamienita data w naszym kalendarzu). Jak już wiele razy wspominałam, trudno moje początki było nazwać bieganiem, bo zaczynałyśmy od 30 sekund biegu i 4,5 minuty marszu, powtarzając taką serię sześć razy. Muszę powiedzieć, że te pół minuty było dla mnie wykańczające, miałam tak słabą kondycję, że bieg (wolny truchcik, dorównujący prędkością niemalże szybkiemu marszowi) przez 30 sekund był dla mnie powalający na łopaty, a stopy bolały niemiłosiernie (dlatego tak ważne są buty już od pierwszego treningu). Po takim treningu byłam wykończona (Julcia, z racji wieku i zaliczania lekcji w-f, na luzie wyrabiała i nawet mnie popędzała i motywowała ciągłym porównywaniem do siebie i lekką, ale i dosadną, kpiną z kondycji starszawej matki). Zaczynałyśmy od takich króciutkich przebieżek przeplatanych z marszem, ćwiczyłyśmy (nadal ćwiczymy) cztery razy w tygodniu i z treningu na trening mogłyśmy się poszczycić coraz to większą wytrzymałością. Moim przełomem biegowym był dzień, kiedy przebiegłam bez zatrzymywania się 30 minut i wtedy już wiedziałam, że bieganie to jest to, co lubię.
Teraz biegamy średnio po 10 km cztery razy w tygodniu, czasami jak mam czas, w sobotę lub niedzielę, to biegnę więcej - 12-15 km.

Nasze osiągnięcia:

1.    Bieg dla Kobiet - 5 km, czyli nasz pierwszy oficjalny bieg, gdzie ustaliłyśmy nasze pierwsze
       "życiówki" na tym dystansie:
  • Ja: 28:08
  • Jula: 31:11
  • Marta (wylazła na zawody prosto z łóżka po przeziębieniu): 35:33
2.    ZBiegiemNatury na 5 km - tutaj niestety dzieciaki nie mogły wziąć udziału w biegu głównym,
       dlatego też Julia biegła z dzieciarnią w swojej kategorii wiekowej, na dystansie 1,5 km. Nasze
       czasy trochę się poprawiły:
  • Ja: 27:21
  • Jula: 6:31, którym to czasem zdobyła I miejsce w swojej kategorii! Brawa!
  • Marta: 29:25
3.    Regularny udział w ogólnopolskiej akcji „Biegam Bo Lubię” (nawet Mąż bierze udział!!!!!!),
4.    Nasze roczne statystyki to w przybliżeniu:
  • 1200 przebiegniętych kilometrów,
  • 170 treningów,
  • 150 godzin na nie poświęconych.

Nasze cele na ten i przyszły rok:

1.    Bieg na 10 km we Wrocławiu 12 kwietnia - celujemy w godzinę z małym haczykiem,
2.    Bieg na 10 km w Bolesławcu 25 maja - tu fajnie byłoby zejść choć sekundę poniżej godziny,
3.    Półmaraton w październiku we Wrocławiu - byle przebiec!,
4.    Półmaraton w okolicach marca 2015 roku - może poniżej 2 godzin?,
5.    Maraton w połowie 2015 roku w Polsce,
6.    Największe marzenie Martusi i moje to maraton w Rzymie, Barcelonie i w Tokio.

Niestety 12-letnia Jula jest uważana przez znaczną większość organizatorów biegów za zbyt małą, by biec na 5 km, a co dopiero na dwa razy tyle. Gdzie tylko jest taka możliwość, Młoda biegnie z nami, a jak nie - to bierze udział w biegu dla dzieci na krótszym dystansie, w którym, no cóż, wygrywa :) Kiedy Jula przebiegnie swój pierwszy półmaraton? Kiedy tylko pozwoli jej na to, obecnie dopiero zaczynający dojrzewać, organizm :)

Co nam bieganie dało:
  1. Niesamowitą wolność!!!!!, 
  2. Współistnienie z naturą, z lasem, polami, rzekami, pięknym błękitem nieba, 
  3. Częste spotkania z sarnami, jelonkami, zającami, orzełkami, baranami i innymi zwierzętami 
  4. Spełnienie, a co za tym idzie - brak nudy, 
  5. Sprawność, sprawność i sprawność, podpartą oczywiście jogą, 
  6. Inne spojrzenie na odżywianie, po prostu zdrowe i racjonalne podejście do odżywiania, bo bez paliwa przecież nikt nie pobiegnie, 
  7. Kształtowanie silnej woli, wygrywanie z drobnymi ludzkimi słabościami, 
  8. Nauczyło nas racjonalnego gospodarowania czasem, 
  9. Poprawę jakości życia, 
  10. Zadowolenie, 
  11. Uodpornienie na stres, 
  12. Witalność i permanentne dobre samopoczucie, 
  13. Super czas z córkami lub innymi współuzależnionymi od biegania.
Jest super kolorowo:)


Ponadto dla mnie, jako genetycznie obciążonej chorobami serca i nadciśnieniem, systematyczny trening zadziałał kompleksowo. W jego wyniku już po kilku tygodniach zaobserwować mogłam niższe tętno spoczynkowe (w bezruchu), obniżone ciśnienie tętnicze, poziom cholesterolu na odpowiednim poziomie (chociaż wcześniej akurat ten był ok), znacznie zwiększoną wydolność organizmu. Przestałam brać leki na serce, które przyjmowałam już od kilku lat. Martusia także nie ma już napadów wysokiego tętna i złego sercowego samopoczucia. Ponadto nasz układ mięśniowy i kostny stał się znacznie mocniejszy, dziewczyny mają mocny brzuch, plecy, łydki, uda, ramiona (ja chyba też!). Nie jesteśmy zwiotczałe, choć niektórzy zjadliwcy twierdzą oczywiście, że jesteśmy za chude, ale w kosmos z nimi! My lubimy być „chude”! Tak się dobrze czujemy.
Same pozytywy, a więc „jak tu nie biegać!”?.

Dziś świętujemy !!!

Zajadamy lody, ciasto z kaszy jaglanej i jabłek oraz własnoręcznie zrobione czekoladki:)


Zajadamy się węglowodanami, ale wcześniej ten roczek uczciłyśmy z Julcią (bo Marta też, ale we Wrocławiu) średnim wybieganiem połączonym ze wspominkami w pokonywaniu pierwszej trasy (wówczas w naszym mniemaniu superciężkiej). To co pokonywałyśmy na początku w marszobiegu w 30 minut, teraz na luziku biegniemy w 10 minutek. Dzisiaj biegłyśmy właśnie naszą pierwszą trasą i wspominałyśmy z rozrzewnieniem jakie z nas były maniany, a teraz takie pakerki:) Jesteśmy szczęśliwe, bo biegamy!!!! A na zwieńczenie treningu w domu jeszcze joga dla biegaczy, także czujemy się jak po SPA (Marta tak to nazwała) :)



Zachęcam wszystkich do biegania, bo to jest ekstra fajna zabawa i powód do wspólnego spędzania czasu ze współbiegaczami, czyli współuzależnionymi, czyli w naszym przypadku matki z córkami:)


wtorek, 25 marca 2014

Zjadliwcy nam nie straszni

Dzisiaj tak ku zastanowieniu... Dla każdego, bo występowanie zjadliwców pojawia się w wielu obszarach naszej rzeczywistości, nie tylko, jak ja zauważam, na polu zdrowego odżywiania i sportu. Zatem zjadliwcom mówimy halo, halo:)


Odkąd zaczęłam zwracać uwagę na to, co jem, a zatem od ponad roku, spotykam się z nieżyczliwością, a wręcz niechęcią, uszczypliwościami i niemiłymi komentarzami w stosunku do mojego stylu życia, pochodzącymi od ludzi mnie otaczających, ludzi mi bliskich, ludzi których nierzadko kocham. Według mojego nazewnictwa tzw. nieszczęśliwych, humorzastych zjadliwców, którzy nie mając, lub nie chcąc mieć świadomości tego, co spożywają, zamiast się douczyć i douświadomić, wolą wykpiwać styl życia mój i mojej rodziny. W konsekwencji ten swój skostniały, niezdrowy i powoli ich wykańczający, starają się wywyższać i uważają za prawidłowy, bo ulężony i zastały przez lata ich jestestwa.

Utarło się powiedzenie ”Tyle lat to jadłeś i nic Ci nie jest!”. „Ale moja mama ma cukrzycę, miała dwa udary, zawał serca, operacje na oczy (przez cukrzycę)”. Ja, dopóki nie dojrzałam do tego, aby nie pakować w siebie śmieciowego jedzenia, także odwiedzałam fast foody, i zajadałam naszpikowane chemią kanapki. Kupowaliśmy gotowe ciasta z datą ważności np. trzy miesiące, do każdej zupy dosypywałam znanej wszem kultowej przyprawy z ulepszaczami smaku, ale zmądrzałam, a dla niektórych zjadliwców niestety jest to powód do kpin.

Może na początku gwoli ścisłości nieco wyjaśnienia…

 
Co to jest dla mnie zdrowe odżywianie? To nie wiąże się absolutnie z tym, że kupuję wyłącznie produkty eko. To nie znaczy, że biegam po sklepach i szukam tylko surowców oznaczonych metką eko (a w Lidlu rzucam się na trzy razy droższe produkty bio lub eco, już nie pamiętam metki), bo dla mnie i chyba dla wszystkich przebudzonych, zdrowe to przede wszystkim nieprzetworzone. Nie jestem ekologiczną maniaczką i snobką, tylko racjonalnie staram się odżywiać. Czytam etykiety na opakowaniach jedzenia. Pochodzenie produktu, jego wartości odżywcze, rodzaj, zawartość ulepszaczy i stopień przetworzenia to obecnie dla mnie priorytety przy zakupach spożywczych. I owszem, kupuję marchewkę od rolnika, warzywa ziemne od rolnika, nieprzetworzone kasze (gryczaną nieprażoną, jaglaną) od rolnika, jajka od zaprzyjaźnionych, szczęśliwych, wolnobiegających i wyjadających robaczki,  wiejskich kurek. W miarę możliwości mięso też kupuję ze szczęśliwych zwierząt (ale to naprawdę od niedawna i rozumiem ludzi, którym trudno się przestawić, ale wierzcie mi, jest to możliwe, przykładem jest moja mama, która coraz częściej wybiera produkty zdrowe, a Jej przez lata utrwalone jedzeniowe skostnienie powoli topnieje, brawo Mamusiu!). Dla mnie to właśnie są produkty ekologiczne. Taka marchewka nie jest piękna i czysta, ale jest właśnie zdrowa. Z takich jajek nie boję się zrobić swojego majonezu. Ponadto warzywa, owoce kupuję od rolników na targu, a nie w markecie. Szukam sezonowych warzyw, pomidorów gruntowych, dyń, cukinii i ogórków prosto z pola, miodu z pasieki sąsiada. Zachowało się u nas wiele gospodarstw, które produkują niewielkie ilości płodów rolnych, a ja je ciągle odwiedzam i jestem ich stałą klientką. Zjadliwcy mnie pytają „a skąd wiesz, że rolnik nie wciska ci marketowego chłamu?" Nauczyłam się odróżniać warzywa i owoce te zdrowe od podrasowanych. Te zdrowe najczęściej gorzej wyglądają, ale nie mają ulepszaczy. Poza tym jeśli kupuję kaszę gryczaną od Pana z Kruszyna i Go znam i wiem, że ma swoje pole i hoduje grykę? Jestem wówczas pewna, że to nie kit, tylko nieuprażona zdrowa kasza gryczana z Jego pola, a nie taka z wołkami z woreczka z marketu.


Sklep ze zdrową żywnością jest moim podstawowym sklepem, bo zaopatruję się tam w płatki owsiane, mąki: owsianą, gryczaną, arachidową, amarantusową, kokosową, jaglaną, żytnią (moją ulubioną), z kasztanów jadalnych, sojową, olej kokosowy, ksylitol, stewię, karob, owoce goji, nasiona chia, przyprawy bez glutaminianu sodu, sól himalajską, sezam, nasiona, orkisz, kaszę razową orkiszową, oleje: lniany, kukurydziany, oliwę z oliwek, daktyle, figi, orzechy, płatki kokosowe, naturalną wanilię, agar-agar, amarantus, komosę ryżową – qinoa (dopiero jeden raz jej użyłam, ale z czasem nauczę się jej), nieoczyszczony ryż. To są produkty, które wyparły z mojej kuchni białą mąkę, cukier i wszystkie przyprawy z glutaminianami, kostki rosołowe warzywne, wołowe, kurczakowe (sama produkuję buliony i można je potem zamrażać) i przetworzone pokarmy oraz dodatki z ulepszaczami. Kupuję te rzeczy w takich zdrowych sklepikach, nie z jakiegoś snobizmu, ale wyłącznie dlatego, że u nas w Polsce nigdzie indziej ich nie dostanę. Niestety nie można w naszym kraju kupić w markecie np. oleju kokosowego lub mąki jaglanej, bo zdrowie u nas nie jest promowane. Bardziej marketingowe jest sprzedawanie tego, co od lat gości w kuchniach naszych rodaków i wmawianie im, że to jest ok. A tacy nieuświadomieni kupują hurtem czekolady z małą zawartością kakao, albo wcale bez kakao, ciastka z białej mąki, białe gumowate bułki, słodkie płatki śniadaniowe, colę i inne mocno farbowane napoje, parówki z 5% zawartością mięsa (ale jakie ładne), chipsy różnosmakowe i uważają, że przecież nie po to żyją, żeby sobie czegokolwiek odmawiać, a takie produkty sprawiają, że po zjedzeniu ich, zjadliwcy przez moment wydają się być szczęśliwsi. Słodycze są dla ludzi i żadna ja nie będę im wciskać kitu, że są niezdrowe, bo oni jedzą je od lat i nic im nie jest, a ja się katuję i jestem nieszczęśliwa, bo odmawiam sobie tego, co najlepsze. Oni są „miłośnikami” jedzenia i niczego sobie nie odmawiają, bo nikt jeszcze od takiego żarcia nie umarł (nie powiedziałabym). Trend niezdrowego jedzenia jest powszechny, ale na szczęście są tacy jak my, którzy próbują się mu przeciwstawić i czasami się przebudzają …


Otóż nie jestem nieszczęśliwa dlatego, że nie jem sklepowych słodyczy zawierających biały cukier i białą mąkę. Jem mnóstwo słodyczy, które robię sama, są zdrowe, nie powodują, że cukier mi skacze (co po latach mogłoby się skończyć tak jak u mojej mamy – cukrzycą, zawałem, udarem…). Nie powiem, łatwiej jest pójść i kupić pięć paczek ciastek i się napchać nimi po kołnierzyk, ale to nie sztuka. Ja nie jestem osobą, która kogoś na siłę przekonuje do zdrowego życia, ale będąc w towarzystwie zjadliwców wystarczy, że odmówię kawałka ciasta, a już się zaczynają potoki jadu. Dlaczego? Nikogo na siłę nie przekonuję do przyjęcia mojego stylu życia, a jestem wciągana w dyskusje i tak manipulowana, że w końcu słyszę, że ”co mi to da, że umrę zdrowsza” od tego, który żyje „pełnią życia i na wszystko sobie pozwala”. 

To chyba nie o to chodzi…..

Zagadkowy „smak i aromat identyczny z naturalnym”, oczywisty „wzmacniacz smaku”, biały cukier, biała mąka, sól „do sypania chodników” zajmują ważne miejsce w spisie umieszczanym na opakowaniach, niezdrowych, ale jakże uwielbianych przez zjadliwców pokarmów. Ja poświęcam wiele czasu na przygotowywanie zdrowych racjonalnych deserów i wszystkich posiłków. Wiem ponadto, że to ja mam rację, nie trując mojej rodziny i karmiąc ich produktami bez powolnych zabijaczy i bez chemii. Naprawdę ci, którzy uważają mnie za frajerkę, bo staram się karmić moich najbliższych zdrowo, niech tak uważają dalej, nic mi do tego. Tylko bardzo irytujące jest to, że ja nikogo na siłę nie chcę zmienić, mimo, że mam świadomość jego niewłaściwego stylu życia, a ten, który nie potrafi racjonalnie się odżywiać, potrafi wyśmiewać i wykpiwać mnie. Taka jest nasza polska rzeczywistość…


Tak samo jest ze sportem, z moim ukochanym bieganiem. W Polsce pokutuje prawo, że osoba prowadząca sportowy tryb życia (tak jak my z córkami: bieganie, joga, fitness, skakanka, rolki,  itp.), a co z tym się wiąże posiadająca szczupłą figurę i sylwetkę, może być przez nieusportowionego zjadliwca obśmiana i wykpiona. Osoba z nadwagą nie wstydzi się powiedzieć mi czy moim córkom „Ty to już powinnaś przestać biegać, bo już jesteś za chuda, może masz anoreksję?" Anoreksja to poważne zaburzenie odżywiania, zaburzenie psychiczne, które często prowadzi do śmierci i naprawdę, jeśli ktoś coś takiego mówi, to jest według mnie zbrodnia. Miałam przyjaciółkę, którą ta choroba zabiła i gdy słyszę, jak ktoś bez namysłu szafuje takimi słowami, bez zastanowienia mówi o tak poważnej, często śmiertelnej, chorobie, nie wiedząc wcale, czym ona jest, to ja automatycznie sztywnieję, ale nie chcąc prowadzić czczych dyskusji, odwracam się i odchodzę z głupawym uśmiechem.

My biegamy, bo to jest nasza pasja, to nie jest sposób na odchudzanie, ale przy racjonalnej diecie kilogramów rzeczywiście ubyło. Dlatego staramy się tak komponować posiłki, żeby odpowiednio „tuczyć” organizm po treningu zdrowymi węglowodanami i tak jeść, aby nie chudnąć, co też jest nie lada wyczynem.

Dlaczego jakby szczupły powiedział osobie z solidną nadwagą „Słuchaj strasznie się spasłeś, powinieneś coś ze sobą zrobić, bo wyglądasz jak hipopotam” to jest obraza majestatu, obraza uczuć, jest to społecznie nieakceptowalne, aby ranić uczucia tego, co ma więcej kilogramów, wręcz zabronione! Nie można grubemu zwrócić uwagi na Jego figurę. A co, szczupłemu można powiedzieć, czyżby szczupły nie miał uczuć? Szanujmy się nawzajem i nie bądźmy zjadliwcami. Czy chudy, czy otyły, każdy z nas ma uczucia. Ja nigdy nie wytknęłabym osobie z dodatkowymi niepotrzebnymi kilogramami (a wiele jest takich wokół mnie, powiedziałabym, że nawet większość) Jej tuszy, nie wykpiłabym Jej i nie obśmiała, wiec oczekuję w nadziei, że moje życie też nie będzie stanowiło pola do kpin dla tych trochę większych.

Bez względu na poziom zjadliwości u moich ukochanych bliźnich, ja wciąż z uporem maniaka będę wprowadzać wśród najbliższych zdrowy tryb życia, będę ich zmuszać (i siebie też) do uprawiania sportu, będę ich karmić nieprzetworzoną żywnością, będę piekła żytnie chleby, będę piekła ciasta owsiane lub jaglane bez cukru, będę robić cukierki z kaszy jaglanej, będę robić zdrowe bounty z oleju kokosowego i karobu z ksylitolem, będę piekła ciasteczka żytnie z malinami bez cukru z mąką kokosową, będę robiła pierogi z batatów, będę kręciła swoje majonezy, produkowała jogurty i ketchupy, pasztety watróbkowe i wegetariańskie, będę im wciskać kaszę gryczaną, jaglaną i jęczmienną. Cukier biały i ten ciemny już nigdy nie wróci do mojego domu.

Myślę, że jak sobie to wpoimy, to my na stare lata będziemy szczęśliwsi niż obecni zjadliwcy. Bo tak naprawdę, to nie jest szczęście zaspokoić się cukierkiem, ciastkiem, czy dużym kawałkiem tortu, to nie jest szczęście, że pokaże się prozdrowotnym, że to co robią to idioctwo (to jest pozorne szczęście, ale skoro to niektórym wystarcza, to nie mi to oceniać, widocznie są różne skale szczęścia). 
W mojej skali szczęśliwym jest ten, który jest spełniony, robi to, co chce i nie obśmiewa i nie wykpiwa stylu życia innych otaczających go ludzi. Szczęśliwym się jest, jeśli jest się uczciwym i życzliwym, a życie innych nie stanowi pola do kpin i obśmiania, szczęśliwym się jest, jeśli potrafi się swoimi pasjami zapełnić własne życie tak, że innym nie trzeba udowadniać, że to co się robi jest słuszne.

Pozdrawiam zjadliwców, uśmiechnijcie się do żony, męża, zjedzcie batona, jeśli będzie Wam lepiej, ale broń Panie Boże, nie wykpiwajcie innych ani tych, co odżywiają się inaczej niż Wy, ani tych, którzy biegają, czy uprawiają jakieś śmieszne, w Waszym mniemaniu, sporty dla wariatów. Każdy żyje tak, jak chce:)

Nie bez kozery używam określenia „zjadliwiec” na takich krytykancko-szyderczych osobników. Według Słownika Języka Polskiego (mojej ulubionej lektury), zjadliwiec to potocznie: osoba złośliwa, uszczypliwa, szydercza; złośliwiec, szyderca, prześmiewca”, czyli właśnie taka, o której mówię. Zjadliwcami bywają najbliższe mi osoby, moi przyjaciele, moja rodzina, znajomi, koleżanki i koledzy. Zjadliwiec absolutnie nie jest moim wrogiem, jest z reguły osobą o miłej powierzchowności i mogłoby się wydawać, że Jego uwagi wynikają z troski o mnie. Nic bardziej mylnego... Najczęściej zjadliwiec odnosi się do mnie w nadziei, że wreszcie porzucę ten głupi styl życia i stanę się taka „normalna” jak on, a sam będzie miał chyba czyste sumienie i radość, że przekonał mnie do złego. Ja jednak obdarzam go miłością i to, co mówi o mnie, wkładam między buty w sionku. Dlatego jeśli ktoś z moich bliskich rozpozna w sobie zjadliwca, to niech się nie obraża, tylko zastanowi, czy może zaprzestać uszczypliwości względem mnie? Mimo, że wydawałoby się, że określenie takie ma zabarwienie pejoratywne, to moim celem nazewniczym była śmieszność samej w sobie nazwy, a nie chęć obrazy zjadliwca.

I jeszcze na zakończenie, miłośnik jedzenia,  to nie taki, który nie patrzy na to co je, to nie osoba z nadwagą, która pochłania wszystko hurtowo. To taki, który smakuje każdy kęs, dba o jakość tego, co zjada. Nie traci majątku na śmieciowe, modne żarcie. Nie skusi go wielka paka chipsów za 5 zeta, on woli zrobić swoje chipsy z buraka, marchewki, selera, jarmużu. Nie kupi chińskiej zupki w proszku, ale ugotuje żurek na zakwasie (oczywiście zakiszonym przez siebie tydzień wcześniej) z warzywami od rolnika i czosnkiem polskim (nie tym fioletowym chińskim z marketu). Sam zrobi pasztet z wątróbek kurzych, sam ukręci majonez, zrobi ketchup, upiecze chleb z czarnuszką. To jest miłośnik jedzenia. Ja staram się nim być:) Moja rodzina także:)

I już na sam koniec, kochani zjadliwcy:) Zakodujcie sobie, że niezdrowe odżywianie (tak przez Was kochane) i brak ruchu (tak przez Was ceniony) to obecnie dwie podstawowe przyczyny najbardziej zagrażające zdrowiu. Może więc poczytać, zainteresować się tematem, a nie kpić?
Zanim podumacie nad rysunkami poniższymi poczytajcie super, super artykuł: nasz ukochany cukier.


środa, 19 marca 2014

Krótkie podsumowanie środy:)


Wczoraj przebiegłam 10 kilometrów!!! To mój mały sukcesik! „Koleżanki” się dziwią, „skąd Ty na te wszystkie pierdoły masz czas?”. Pierdoły?
Bieganie, granie na pianinie, jeździectwo, angielski, śpiewanie, wyzwanie skakankowe, wyzwanie jogowe, pisanie bloga to nie pierdoły tylko moje zainteresowania (pasje, hobby inaczej), a do tego dochodzi NAUKA (bo ja podobnie jak Siostra jestem trochę dziwna i naprawdę lubię się uczyć). I to nie byle jaka, bo za 13 dni TEST!!! Potem egzamin dyplomowy na zakończenie I stopnia Szkoły Muzycznej. I jakby się tak z boku przyjrzeć, to rzeczywiście „skąd ja na to wszystko biorę czas?”. Takie refleksje (nie patrząc na to, co mówią koleżanki) mnie nachodzą głównie właśnie w środy, bo to dni, kiedy wychodzę z domu o 8.15, a wracam o 20.15, czyli 12 godzin zajęć, a dzisiaj było szczególnie dużozajęciowo, bo w szkole najpierw konkurs z Niemca, potem konkurs z Polaka, potem miał być angielski i jeszcze na zakończenie dnia kształcenie słuchu i audycje muzyczne w SM.
Środa to niezły kierat, ale jak wracam do domu to szybkie odrobienie lekcji, pyszna kolacyjka, pogaduchy z Mamą, wyzwania, krótka gra na moim staruszku pianinie, a potem mam poczucie, że zrobiłam coś wielkiego, jestem bardzo zmęczona, ale zasypiam, z książką w ręce, z poczuciem dobrze zakończonego dnia. To świetne uczucie… Przebija ono nawet moje zmęczenie, bo wiem, że mimo nawału dzisiejszych obowiązków, zrobiłam też rzeczy, które kocham.
Wiem z opowiadań, że osoby, które nie mają tylu zadań, a ciągle narzekają na brak czasu, często zasypiają padnięte i wykończone, bo przecież spotkanie z koleżankami w galerii, zakupy, nowe ciuchy,  kilka  seriali w TV i nawet nie było czasu poserfować w Internecie, nie mówiąc już o lekcjach.  Dlatego lepiej zajmować się „pierdołami”, tak jak ja, i być szczęśliwym, niż „takimi wielkimi rzeczami” i być ciągle niezadowolonym, zmęczonym i bez humoru. Bo nie będziesz szczęśliwa, jeśli nie będziesz spełniona. Wokół mnie jest wiele osób niespełnionych, które sieją jad i zarażają nim coraz szersze kręgi. Koleżanki koleżankom robią i mówią takie rzeczy, że włos staje dęba. Skąd w dwunastolatkach tyle niedobrych uczynków. Ja myślę, że z braku zainteresowań, bo najczęściej te osoby to niespełnione istoty bez żadnych zainteresowań (oprócz zakupów oczywiście).
Chciałabym, aby świat istniał bez zawiści, bez obmawiania, bez robienia słownej krzywdy innym, bez manipulantów, którzy zawsze potrafią wypłynąć ze swoim fałszem na wierzch. Chciałabym aby wszyscy wokół mnie się lubili, nie było agresji słownej, koleżanki koleżankom nie były wilkami. I tak sobie myślę, że jeśli każda miałaby jakąś pasję, zainteresowanie, hobby, to  byłaby szczęśliwa, bo byłaby spełniona. Dlatego apeluje do tych bez zainteresowań, znajdźcie jakieś prawdziwe hobby, a będziecie naprawdę szczęśliwe i będziecie zasypiały z uśmiechem na twarzy w poczuciu dobrze zakończonego dnia. Bądźmy dla siebie mili i grzeczni, życzliwi i uczciwi, a nasze życie stanie się cudowne.

niedziela, 16 marca 2014

"Wcale nie jestem kontrolującym świrem!", czyli trening szczęścia w mojej wersji.

Od tygodni planowaliśmy z Moim Chłopakiem naszą rocznicę. Na początku staraliśmy się wymyślić coś bardzo wyjątkowego, coś tak supermegaekstra, jak np. kurs strzelania albo coś w tym stylu. Mnie jednak dopadła nieszczęsna kontuzja, co wykluczyło wiele tego typu opcji, a poza tym było nam bardzo ciężko coś wybrać i długo się z tym męczyliśmy. Spadł nam więc kamień z serca, kiedy obydwoje przemyśleliśmy, w jaki sposób chcielibyśmy najbardziej na świecie spędzić ten dzień i okazało się, że marzymy o tym samym. Zabraliśmy się zatem z radością do planowania, rezerwowania, szykowania, itp.

Przecież wszystko musiało być idealne. Dopięte na ostatni guzik. Przecież to TAKI wyjątkowy dzień, zasługuje na godne świętowanie.

Motyw przewodni – Gwiezdne Wojny.
Unikalne kubki w temacie, z dedykacją, datą i napisem od niezastąpionej Kolorowanki (klikać i zamawiać, polecam!) – check.
Bilety na taras widokowy Sky Towera – check.
Rezerwacja stolika na obiad w fancy restauracji – check.
Ustalenie menu na kolację i przystawki w domu do oglądania filmów – check.
Pożyczenie rzutnika i załatwienie trzech części Gwiezdnych Wojen w wysokiej jakości – check.
Kupienie produktów do jedzenia – check.
Przygotowanie miejscówki na seans i kreacji, kupienie wina – check.

Zaczęło się od rozwalenia przeze mnie mojego telefonu. Nie pierwszy raz mi się zdarzyło – parę tygodni temu zrobiłam to samo z telefonem Mamy. A przedtem? NIGDY.
Do telefonu jestem przywiązana, jak chyba większość z nas w tych czasach. Tyle razy mi wypadła (bo to ona, oczywiście, łączy nas typowo kobieca więź – czasem przestaje współpracować i ciężko jest mi ją rozebrać, ale nie wymieniłabym jej na żaden inny model) z rąk na ziemię i nigdy nic się nie stało, teraz spadła z wysokości krzesła i bam, wyświetlacz popękał i nie działa. Parę stówek odłożonych na nowe buty biegowe zmienia adresata na nowy wyświetlacz w telefonie i gumowe etui. No trudno. Rzecz się stała 3 dni przed rocznicą, więc zdążyłam w miarę odżałować i przelamentować swoje dziurawe ręce, a przede wszystkim oddać telefon do serwisu i usłyszeć, że będzie na poniedziałek. Trzeba było biegać tak pierwotnie – nie znając czasu, dystansu, tempa. No i moja chęć sfotografowania wszystkiego podczas naszej rocznicy na pamiątkę napotkała poważny problem. Muszę też meile odbierać na komputerze, jak zwierzęta…
Poza tym sporo do roboty na uczelnię i konieczność niemyślenia o tym i odpuszczenia sprawy. Teoretycznie ustaliłam z moją grupą, co zrobią beze mnie przez weekend, ale jak to tak, w środę termin, a ja w sobotę i niedzielę odpadam z harówki…
Nie przyszło nam do głowy, żeby sprawdzić pogodę. Przecież od dawna już jest tak pięknie, ciepło, słonecznie, ja już biegam w krótkim rękawku i swobodnie puszczonym kucyku, bez żadnych czapek, opasek, bluz, buffów. Zatem gdy wstałam z łóżka w sobotni ranek i odsłoniłam rolety, to mnie zmroziło. Dosłownie i w przenośni. Chmury, szaro, buro, no i wiatr okrutny. Plan pięknego, długiego spaceru z tarasu widokowego na obiad stanął pod dużym znakiem zapytania. Po wyjściu na bieganie, kiedy to przebiegłam około 4 km w około 34 minuty, bo wiatr rzucał moim nędznym 49 kg, jak tylko chciał, mimo że chciałam przebiec koło 5,5 km, ale po prostu nie zdążyłam więcej przez to żółwie tempo, walkę z wiatr(akami?)em i fakt, że raz po raz nieprzyjemnie dostawałam z liścia (dosłownie!)… Odwołałam spacer z wszelaką stanowczością. Och, nie. Moja potrzeba kontroli podniosła alarm. Miało być tak pięknie! Ta szarzyzna, zimno, nawet mój waleczny bieg i pobiegowa owsianka nie zniwelowały do końca poczucia niepokoju w moim sercu. Ma być idealnie! 

Jak się pewnie spodziewacie, wszystko się szybko posypało…

Standardowym, ale zawsze tak samo dobijającym i wyprowadzającym z równowagi, punktem programu był odgnieciony, bo nie do końca wyschnięty, lakier na paznokciu. I to tak okrutnie. To od razu wprowadza nerwową atmosferę! Ale dobra. To pierdoła. Nie ma najmniejszego znaczenia, pięć lat jesteśmy razem, pewnie nie zwróci uwagi na jeden odgnieciony paznokieć (oprócz tego, że od razu Mu pokazałam).
Zapakowałam potrzebne nam produkty do jedzenia, torbę na spanie i dzień wcześniej przygotowaną salsę do tortilli w pojemniku (ale bez folii, bo po co). Przyjechał. Odziałam się w mój jesienny, beżowy płaszczyk i załadowałam się do samochodu. Nie przejechaliśmy jednej przecznicy, kiedy poczułam spływającą po moich palcach salsę, która wylądowała oczywiście siarczyście w dwóch miejscach na płaszczyku. Prowizoryczne czyszczenie chusteczkami i śliną na parkingu na niewiele się zdało. W ferworze tych poczynań odgniotły się kolejne paznokcie.

Cholera. Czy coś dzisiaj pójdzie zgodnie z planem?

Ze szczytu sky towera widoki były piękne. Niezła widoczność, mimo chmur i szarej pogody. Nerwy zaczęły mi odpuszczać i wreszcie zaczęłam czuć tu i teraz.

Pojechaliśmy na obiad. Zamówiliśmy herbatę i pyszne, wymyślne dania. Ja się uraczyłam gnocchi z sosem gorgonzola, szynką parmeńską, rukolą i orzeszkami pinii. Wygrały w starciu z sałatką z wątróbką, pomarańczą, awokado i jabłkiem, bo sałatkę już tam jadłam i czas na coś nowego – a okazja godna odstąpienia od stuprocentowo zdrowego żywienia. Był nawet mały deser na pół (choć ja zjadłam głównie gałkę loda:)).
Nie zaakceptowali mojej karty zniżkowej ze Szkoły Języków Obcych Lektor. A chciałam poczuć się fajnie i dostać 5% rabatu ze względu na to, że uczę się włoskiego. Not a chance!

On pociąga nosem. Coś go złapało i powoli rozkłada, katar coraz większy, nie może oddychać, kręci go w nosie.

Jedziemy do Niego. Mnie łapie ból żołądka, jednak trzeba było wziąć sałatkę - kluseczki i ciężki sos to chyba był nie najlepszy pomysł… Zamiast zabrać się do szykowania seansu filmowego i picia wina, leżymy chwilę i cierpimy. Ja się zwijam, boli mnie tak dziwnie, jak kiedyś gdy miałam zapalenie żołądka – tak na plecach pod łopatkami.

Moja wizja idealnego dnia upada. Pewnie mi nie przejdzie, a w dodatku nie zdążymy obejrzeć wszystkich części. No i co to za rocznica?

Wtedy powiedziałam sobie STOP. Piękna rocznica! Taka jak samo życie, a przecież chcemy razem je spędzić, więc jego nieprzewidywalność, niemożność zaplanowania i rzucanie kłód pod nogi to nieunikniony element, nawet rocznicy!
Nie mam telefonu? No i co? Przynajmniej nie kusi mnie, by sprawdzać na facebooku, czy moja grupa ruszyła z pracą nad zadaniem na uczelnie. Jestem tylko tu i teraz. Pogoda się schrzaniła? No i co? Nie poszliśmy na spacer i trochę nas wywiało – to ci dopiero tragedia! Zalany płaszcz? Ojejku, wypierze się! A jak nie zejdzie, to będą dwie mało widoczne plamy, no i co? Zjadłam trochę ciężki, nie do końca zdrowy posiłek i deser i bolał mnie żołądek – i bardzo dobrze! To mnie tylko utwierdza w tym, jak żyję na co dzień i jakie mam przekonania. On pociąga nosem i bierze go przeziębienie? Trudno! Nic, tylko się zaopiekować.
I co? Wniosek jest taki, że znaczna większość naszego humoru, przeżywania różnych sytuacji, po prostu naszego życia zależy od… naszego nastawienia. Tego, w jaki sposób reagujemy. Jakie mamy myśli w odpowiedzi na różne sytuacje. NIE od zewnętrznych okoliczności. Nie da się wszystkiego zaplanować, wszystkiego kontrolować. Bo życie nie zależy tylko i wyłącznie od naszych działań, ale tak samo od działań innych ludzi, jak i zupełnie nieprzewidywalnych i niekontrolowalnych czynników, takich jak pogoda, choroba, opóźnienia, przypadki, zbiegi okoliczności… To, co możemy kontrolować i zmieniać, to właśnie nasze nastawienie. Co to znaczy, że miało być idealnie?! Idealnie dla kogo i według kogo? I w ogóle… Po co idealnie? Czy też może – nieważne, co i jak, zawsze będzie idealnie, bo z Nim. Przecież mam idealnego Mężczyznę i świętuję z nim piątą rocznicę naszego związku. Jak bardzo idiotyczne i śmieszne jest przejmowanie się pogodą, lakierem na paznokciach, plamą na płaszczu, bólem brzucha, przeziębieniem, zepsutym telefonem. Przecież liczy się tylko to. Nieważne w jakich okolicznościach.

Zaparzyłam herbatę w naszych nowiutkich, prześlicznych kubeczkach, On zamontował rzutnik. Po herbacie ból zaczął powoli odpuszczać, aż zniknął zupełnie. On tonął w chusteczkach, ale co z tego? Siedzieliśmy na wielkiej, wygodnej kanapie zasłanej poduchami, piliśmy winko, jedliśmy zdrową bruschettę i oglądaliśmy Gwiezdne Wojny. I co z tego, że okazało się, że On załatwił pierwsze trzy części, a ja myślałam, że ustaliliśmy pierwsze trzy części wedle kolejności kręcenia? Gwiezdne Wojny to Gwiezdne Wojny, nawet bez Hana Solo! Przyrządziliśmy razem tortille z nieszczęsną salsą i frytki z batatów z majonezem Mamy.

I co? I było lepiej niż mogłam kiedykolwiek zaplanować. Czasem trzeba zwyczajnie odpuścić i dać się ponieść sytuacji. Wiadomo, że różne rzeczy trzeba planować, bo inaczej wyjdziemy z niczym. Ale to, co jest najważniejsze, to elastyczność. Nie pozwólmy sobie przegapić najpiękniejszych chwil naszego życia przez nasze rozpaczanie i biadolenie, że coś nie wyszło i że miało być inaczej, lepiej. Zmieńmy nasze nastawienie i przeżywajmy najcudowniejsze chwile, które na zawsze pozostaną w naszych sercach, mimo niesprzyjających okoliczności. Łatwo powiedzieć. I warto spróbować :)