Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świętowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świętowanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 kwietnia 2015

Masło orzechowe i ciasteczka niezbędne do smarowania tym masłem :)

Niektórzy z naszych znajomych mają o nas mylne pojęcie, a mianowicie sądzą, że odmawiamy sobie przekąsek. Oczywiście, nie jemy przetworzonych przekąsek sklepowych zawierających masę cukru, soli, glutaminianu, gumy i innych trucizn. Ale generalnie mądre przekąski nie są złe. Sztuka to umiejętna selekcja smakołyków, na które możemy sobie pozwolić. Jedną z takich wyselekcjonowanych przez nas smakołykowych przekąsek jest masło orzechowe!

Masło orzechowe zawiera pożyteczne nienasycone kwasy tłuszczowe!!!!!!!!!!! Wszyscy uważają, że jedzenie orzeszków ziemnych należy  ograniczać, bo są wysokokaloryczne. No rzeczywiście są, ale w sensownych ilościach? Czemu nie? Masło orzechowe wykonane właśnie z tych moich najulubieńszych orzeszków jest bogate w nienasycone tłuszcze, a nienasycone tłuszcze powodują szybsze spalanie naszej tkanki tłuszczowej. Kwasy nienasycone zapobiegają odkładaniu się tłuszczu w obszarze talii poprzez przyspieszone spalanie. Dzięki temu możemy nawet utracić kilka zbędnych kilogramów zajadając (oczywiście z umiarem) coś tak kalorycznego.


Takie masło jest idealne do ciasteczek wielkanocnych, na które przepis zamieszczamy poniżej masła.

Masło orzechowe

Składniki na masło orzechowe:
  • pół kilograma orzeszków ziemnych niesolonych prażonych,
  • 1/2 łyżeczki soli himalajskiej,
  • 1 łyżka oleju rzepakowego,
  • cukier waniliowy bio (pamiętaj wanilia a nie wanilina).
Sposób wykonania masła orzechowego:

Jeżeli orzeszki są prażone to ok, jeżeli nie, to należy je uprażyć w piekarniku lub na patelni, oczywiście bez żadnego tłuszczu.
Wszystkie składniki wrzucamy do malaksera i mielimy ok. 15 minut na maślaną masę. Masło przekładamy do słoiczków, pakujemy do lodówki i upajamy się potem jego niezwykłym smakiem.



Ciasteczka wielkanocne:

Składniki na ciasteczka:
  • 1 szklanka mąki gryczanej,
  • 1 szklanka mąki jaglanej,
  • 1 szklanka mąki ryżowej,
  • 3/4 szklanki ksylitolu,
  • 10 łyżek oleju kokosowego,
  • 4 jajka,
  • 1 łyżeczka sody,
  • cukier waniliowy bio (pamietaj!!!! nie wanilinowy),
  • starta skórka z jednej pomarańczy,
  • dodatkowo 3 łyżki suszonej skórki pomarańczowej bio.
Sposób wykonania ciasteczek:

Jajka należy utrzeć z ksylitolem i cukrem waniliowym, w osobnej misce wymieszać suche składniki i skórkę, a następnie połączyć mokre składniki z suchymi i wyrobić jednolite ciasto. Na kilkanaście minut włożyć je do lodówki. Potem rozwałkować według mojego patentu. to znaczy na kredensie wyłożyć papier do pieczenia, położyć ciasto i przykryć drugim papierem do pieczenia. W ten sposób można rozwałkować cienko ciasto nie narażając się na klejenie do wała. Wycinać następnie zające, kurczaczki, jajka i baranki i piec w piekarniku 170 stopni Celsjusza do zrumienienia czyli ok. 10-12 minut.

Ciasteczka wyśmienicie smakują z masłem orzechowym, ale takie gołe też są idealne. Smak super komponuje się w te wiosenne święta.



Musztarda z gorczycy z figą suszoną

Po udanych próbach wykonania własnego majonezu, ketchupu, borówki, przyszedł czas na domową
musztardę z gorczycy z figą suszoną.
Twórcą tego przepysznego dodatku do mięs i kiełbas wielkanocnych jest najmłodsza z Fit Family, Julia.

Musztarda z gorczycy z figą suszoną

Składniki:

  • 4 paczki gorczycy białej,
  • 3-4 łyżki octu jabłkowego, w zależności od własnych preferencji kwasowości (najlepiej domowego),
  • woda gorąca,
  • 1/2 kg fig suszonych,
  • odrobina ksylitolu, jeśli figi nie są wystarczająco słodkie (opcjonalnie),
  • 1/2 łyżeczki soli himalajskiej,

Sposób wykonania:

Gorczycę zalewamy w misce octem i gorącą wodą tak, żeby przykryć ziarenka ok. 1 cm ponad ich powierzchnię. Gorczycę moczymy przez dobę, aby napęczniała. Na drugi dzień odlewamy odrobinę płynu do szklanki i ziarenka wraz z figami i innymi składnikami wrzucamy do malaksera. Mielimy na w miarę gładką masę, ale nie robimy absolutnie mazi, dobrze jest jak są małe grudki figi i dużo nierozdrobnionych ziarenek gorczycy. Doprawiamy jeszcze ewentualnie ksylitolem i, jeśli konsystencja jest za bardzo zbita, to dolewamy płynu, w którym moczyła się gorczyca. Ja nie musiałam.

Taka musztarda jest niebiańska. Wyśmienicie smakuje z białą kiełbasą i wędlinami. I przynajmniej wiesz co jesz :)


sobota, 4 kwietnia 2015

Tofurnik na spodzie owsiano-orzechowym z mango i rodzynkami

Święta, święta! Nasz żywioł. Uwielbiamy rodzinne posiedzenia przy stole. Niezorientowani w temacie i nieznający nas zbyt dobrze ludzie mogliby pomyśleć, że wręcz przeciwnie - skoro dbamy o zdrowie i sylwetkę, to unikamy dużej ilości kalorii i niezdrowego jedzenia, a z tym przecież kojarzą się święta. Spieszymy z wyjaśnieniem: to absolutna nieprawda! Nawet jeśli na co dzień żyjemy zdrowo i w zgodzie ze swoimi organizmami, to w czasie świąt nie odmawiamy sobie tradycyjnych potraw, które wychodzą głównie spod ręki babci (tradycyjny pasztet, klops, kiełbasa biała, żurek - choć zakwas robimy same!; tradycyjne ciasta z cukrem i mąką pszenną, sałatka jarzynowa...), bo próbujemy wszystkiego, wyznając zasadę: "Mogę spróbować każdej potrawy, byle w małej ilości, żeby wszystko się zmieściło". Babcia i tak już jest trochę przeciągnięta na naszą stronę, bo zamiast cukru dodaje do wszystkiego ksylitol, a zamiast majonezu sklepowego - nasz (chociaż pod względem kalorii to nic nie zmienia, to jednak unikamy wszelkich sztucznych substancji). A my, dla przeciwwagi, pichcimy mnóstwo zdrowszych, nieco "odchudzonych" i "uzdrowionych" alternatyw. Już drugi dzień uwijamy się wszystkie trzy jak w ukropie, żeby ze wszystkimi pysznościami zdążyć, a lista planowanych przez nas potraw i dodatków jakby w ogóle się nie kończyła... Co przygotowałyśmy do tej pory? Zobaczcie sami:
  • tofurnik na spodzie owsiano-orzechowym, z masą z mango i rodzynkami, pokryty musem jabłkowym
  • mazurek owsiany z polewą ksylitolową, świątecznie przyozdobiony
  • pasztet z soczewicy z żurawiną
  • pasztet warzywny 
  • pasztet z piersi z indyka i jogurtu
  • smalec z fasoli z jabłkiem ze "skwarkami" z kaszy gryczanej
  • musztarda z suszonej figi
  • majonez
  • masło orzechowe
  • chrzan tarty
  • ciasteczka bezglutenowe 
Pycha! Część przygotowanych przez nasz potraw możecie zobaczyć na zdjęciu:




Nie wszystkie przepisy są nasze; często inspirujemy się jakimś przepisem i modyfikujemy go wedle własnego uznania. Tak właśnie było z tofurnikiem. Za inspirację i pomysł dziękujemy vea love green (po oryginalny przepis kliknij tutaj), a my prezentujemy naszą wersję tofurnika (chociaż nie ukrywamy, że mus jabłkowy zgapiłyśmy - Iwonka, mamy nadzieję, że się nie obrazisz :)). No i wreszcie, po tym przydługim opisie zapraszam na przepis.

Tofurnik na spodzie owsiano-orzechowym, z mango i rodzynkami oraz musem jabłkowym

1. Mus jabłkowy

Składniki:

  • 3 duże jabłka
  • 2 łyżki nasion chia

Przygotowanie:

  1. Jabłka zetrzeć na tarce z grubymi oczkami.
  2. Starte jabłka wymieszać z nasionami chia.
  3. Całość włożyć do lodówki na godzinę.

2. Spód

Składniki:

  • 3/4 szklanki płatków owsianych
  • 2 łyżki nasion słonecznika
  • 1/4 szklanki amarantusa ekspandowanego
  • 1 jajko
  • garść orzeszków ziemnych
  • 2 łyżki ksylitolu
  • pół szklanki mleka
  • 2 łyżki oleju kokosowego

Przygotowanie:

  1. Wszystkie składniki zmiksować na gęstą masę w malakserze.
  2. Masę wyłożyć na tortownicę (u nas szklany spód, więc bez folii; na zwykła tortownicę lepiej wyłożyć folię aluminiową) i wyrównać ręką powierzchnię i brzegi (dokładnie i równo  rozprowadzić masę po całej powierzchni)
  3. Piec około 15 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

3. Masa

Składniki:

  • sok z połowy limonki
  • 2 łyżeczki skórki cytrynowej bio
  • 1 duże mango, obrane i pokrojone w kostkę
  • 3 paczki tofu (po 180 g)
  • 4 łyżeczki masła orzechowego (u nas: własnoręcznie robione; przepis podamy lada moment)
  • 150 ml mleka
  • mała paczka rodzynek
  • pół szklanki ksylitolu

Przygotowanie:

  1. Wszystkie składniki oprócz mango i rodzynek zmiksować na gładką masę (jak na sernik) w malakserze.
  2. Do masy dorzucić pokrojone drobno mango i całe rodzynki i dokładnie wymieszać drewnianą łyżką.
  3. Masę wyłożyć na upieczony spód i wstawić na godzinę do piekarnika nagrzanego do 180 stopni.
Gdy ciacho się upiecze, rozprowadzamy na nim dokładnie nasz mus jabłkowy z lodówki. Na brzegach rozsmarowujemy czekoladową polewę (roztopiona gorzka czekolada wymieszana dokładnie z 1/4 szklanki mleka)  i zdobimy wedle uznania. U nas: płatki kokosowe na brzegach plus kleks z masła orzechowego z jagodami goji. Zdrowe i lekkie ciasto na święta gotowe. Smacznego! :)
 

sobota, 21 lutego 2015

Imieninowo :)

Witam po długiej nieobecności spowodowanej brakiem czasu, czyli lenistwem :)

Martusia jutro ma IMIENINY, a ponieważ kilkakrotnie zdarzyło się wszystkim zapomnieć o tym dniu, zapisuję sobie to WIELKIMI literami w kalendarzu. Z okazji tej przygotowałam Jej  smaczne i oczywiście zdrowe słodycze, jakkolwiek niedorzecznie to brzmi, to rzeczywiście słodycze mogą być zdrowe. 
Bo...te moje są stworzone z samych najcenniejszych dla naszego zdrowia produktów, m.in.:

Daktyle są bogate w żelazo, potas i magnez, ponoć odżywiają krew, a co najważniejsze zwalczają stany zapalne. Są  także źródłem witamin A, B1, B2 i PP.  Nazywane są „chlebem życia” i  jako ciekawostkę przytoczę, że  to owoce najstarszego owocowego drzewa na świecie. Są kopalnią energii, zapobiegają zaparciom i obniżają ciśnienie tętnicze. W krajach arabskich uważa się je za afrodyzjak.
Karob  czyli tzw. mączka chleba świętojańskiego, to jeden z najzdrowszych produktów żywnościowych na świecie. Jest cennym źródłem takich minerałów jak: magnez, żelazo, wapń, potas, fosfor, sód, ale zawiera także witaminy: B1, B2, B3, oraz obfituje w inne wartości odżywcze. W przeciwieństwie do kakao nie zawiera tak bardzo uzależniającej kofeiny, dlatego mogą go spożywać osoby z wysokim ciśnieniem krwi. Nie zawiera także teobrominy i kwasu szczawianowego, który hamuje wchłanianie wapnia, Karob korzystnie wpływa na nasz układ krwionośny. Stosowanie karobu ma dobroczynny wpływ na cały organizm. Poprawia trawienie i można go stosować przy zaburzeniach jelitowych (refluks), obniża też poziom cholesterolu we krwi i reguluje metabolizm.  Karob jest pomocny także w profilaktyce astmy, tudzież w problemach wywołanych przez wszelakie alergie. Wspomaga odporność organizmu, wykorzystuje się go w kuracji antygrypowej i przeciwkaszlowej. Jest także źródłem witaminy E – zwanej witaminą młodości, i kwasu galusowego – silnego antyoksydantu.
Mogą go stosować cukrzycy, gdyż zawiera tylko cukry naturalne. I najważniejsze – karob ma 60% mniej kalorii niż zwykłe kakao. Jest produktem w 100% naturalnym, bez konserwantów,  sztucznych barwników i cukru.
Karob nie zawiera fenyloetyloaminy, jest zatem bezpieczny dla osób zmagających się z uciążliwymi migrenami. Jest natomiast bogatym źródłem białka – zawiera go ok. 80% .
Może być używany do wypieku ciast, ciasteczek, do lodów, do mleka i polew, do wyrobu cukiereczków z jaglanką i wielu innych przysmaków. Proszek przeznaczony jest dla dzieci i dorosłych, uczulonych na kakao i czekoladę oraz dla wszystkich, którym zależy, by zdrowo żyć. Ma smak zbliżony do kakao, moim skromnym zdaniem (osoby dotychczas praktycznie uzależnionej od kakao) jest dużo bogatszy w smaku :) 
Chia to niepozorne nasionka kryjące w sobie potężną leczniczą moc i dawkę energii, która wzmocni i odżywi organizm. Są niezwykle pożywne i zapewniają nieocenione korzyści zdrowotne. Nasiona chia stanowią obfite źródło kwasów tłuszczowych Omega 3 i Omega 6. Są bogatym źródłem witamin, minerałów i przeciwutleniaczy. Zawierają witaminy: E, B1, B3, wapń, fosfor, magnez, żelazo, cynk i niacyna. Ze względu na dużą zawartość błonnika (ok. 25%), który działa korzystnie na układ trawienny nasiona chia polecane są dla osób zmagających się z nadwagą i otyłością. Na długo zapewniają uczucie sytości i wspomagają proces trawienia w przewodzie pokarmowym.Są bogatym źródłem wapnia, zawierają boron ważny minerał współdziałający z metabolizmem wapnia w ustroju. Są polecane dla diabetyków, gdyż spowalniają wchłanianie cukrów i pomagają regulować ich poziom we krwi. Wspomagają nawilżanie organizmu, ponieważ mogą zatrzymywać dziesięciokrotność swojej wagi. Ze względu na swoje właściwości hydrofilowe są efektywnym uzupełnieniem diety sportowców, a zwłaszcza biegaczy Jedną z zadziwiających możliwości nasion chia są własności hydrofilowe - nasiona są w stanie zaabsorbować wodę w proporcji ponad 12 do 1 (wagowo). Ta własności utrzymywania wody przedłuża okres uwadniania organizmu.
Marchewka, mąka gryczana i ryżowa, nasiona, mleko kokosowe, agar agar, ksylitol, odtłuszczony len złocisty zmielony to wszystkie produkty cenne dla zdrowia, dlatego spokojnie zjadamy moje delicje.

Jako pierwsze zrobiłam muffinki z kremem kokosowym i borówkami

Składniki:

Na muffinki:

6 jajek,
3 łyżki ksylitolu (my wolimy mniej słodkie, a zatem można według swojego smaku),
ekologiczny proszek do pieczenia (na kg mąki),
4 szklanki drobno startej marchewki,
1,5 szklanki mąki gryczanej,
1,5 szklanki mąki ryżowej,
1,25 szklanki oleju rzepakowego,
0,25 szklanki zmielonych pestek dynii,
0,25 szklanki całych pestek dynii,
1 mały jogurt naturalny,
2 łyżeczki cynamonu.
Na krem:
2 puszki mleka kokosowego po 400 ml,
4 łyżki ksylitolu,
4 łyżeczki agar agar,
100 gr wiórków kokosowych,
borówki.
Jajka należy ubić z ksylitolem, dodać proszek do pieczenia i olej zamieszać i dodać resztę składników. Ponakładać do papierowych foremek muffinkowych i upiec w nagrzanym do 170 st. piekarniku.

Następnie odłożyć do wystygnięcia i w tym czasie zrobić boski krem kokosowy. Ugotować mleczko z ksylitolem, dodać agar agar i jeszcze przez chwilę podgotować. poczekać do wystygnięcia i potem już szybko nakładać na wierzch babeczek, posypywać serdecznie wiórkami i dociskać je do kremu. Trzeba to robić szybko, bo agar agar momentalnie zastyga. Na wierzch położyć, a właściwie wcisnąć po kilka borówek i gotowe.
Pycha !!!!


Jako drugie zrobiłam trufle z daktyli z karobem, chia i lnem złocistym.

Składniki:

30 daktyli,
0,5 szklanki gorącej  kawy orzechowej,
2 łyżki nasion chia,
4 łyżki karobu (dodatkowo ok. 3 łyżki do obtaczania trufli), 
3 łyżki lnu złocistego zmielonego,
Daktyle zalać gorącą kawą i pozostawić na 7 minut. Zblenderować, a następnie dodać resztę składników i  ponownie zblenderować. Z powstałej masy formować kuleczki i obtaczać je w karobie.
Też pycha!!!!!






niedziela, 6 lipca 2014

Krótka historia szlifowania charakteru.

Wczoraj wielki dzień. Symboliczny oczywiście, tak jak wszelkie rocznice - mają raczej metaforyczny sens, bo świętujemy fakt, że coś trwa. A skoro świętujemy, to znaczy że jest powód do radości, że to coś trwa. Że trwanie tego czegoś nam coś daje. Coś dobrego, pozytywnego, taki wymiar, który przyczynia się do tego, że świętujemy. Świętujemy urodziny, rocznice związków, okrągłe sumy stażu pracy, itp. A ja pośród tego wszystkiego świętuję rok biegania. Pomyślicie sobie - głupia, co tu świętować? Ludzie uprawiają różne sporty i czy trzęsą się nad faktem, że rok temu zaczęli grać w siatkówkę?

No cóż, niektórzy pewnie tak. Ale, uwaga pierwsza, bieganie nie jest dla mnie "sportem". Nie tylko, oczywiście. Bieganie to dla mnie o wiele więcej. Słowo "pasja" też nie wydaje mi się wystarczające. Nie mam ambicji znaleźć odpowiedniego słowa, bo mogłoby to być niewykonalne. Nie wynoszę biegania ponad wszystko, bo są dla mnie rzeczy dużo ważniejsze w życiu. Ale, uwaga druga, w ciągu tego roku, od kiedy biegam, "bieganie" stało się nieodłączną częścią mojej tożsamości. Ja bez biegania nie byłabym już sobą, byłabym jakąś niepełną, śmieszną, karykaturalną wersją. Tak samo jak ja bez uniwersum Harry'ego Pottera, bez trampków Converse'a, bez zamiłowania do herbaty, bez kolczyków czy bez strzelania stawami. Nie wspominając już nawet o ważniejszych elementach mojej tożsamości, takich jak wiara w Boga. Minął zaledwie rok (a podkreślić należy, że rok temu rozpoczęłam marszobiegi w planie minuta biegania plus cztery minuty marszu, a do trzaskania kilometrów bez marszu doszłam dopiero we wrześniu zeszłego roku), a już ciężko jest wyobrazić mi sobie siebie bez biegania. Na tle tego, że przez całe liceum i większość gimnazjum nie ćwiczyłam na w-fie i miałam zwolnienie od ortopedy, przy czym byłam niezwykle uparcie niechętna do aktywności typu pływanie, jazda na rowerze, chodzenie po górach, fakt ten robi na mnie samej niezłe wrażenie.

Bieganie otworzyło mi wiele nowych możliwości. Skoro teraz w moim pojęciu mnie samej zawierają się co najmniej godzinne wybiegania cztery razy w tygodniu, no to robię się bardziej chętna i otwarta na pójście na basen, chodzenie po górach, jazdę na rolkach czy na rowerze, skakanie na skakance. Nagle dostrzegłam setki nowych sposobów spędzania wolnego czasu. Ale też poznawania nowych ludzi - uściski dla wszystkich z naszego BBL :)

Na szczęście jestem osobą otwartą na propozycje bliskich i mimo że na początku podśmiewałam się z Mamy i Siostry, że wychodzą cztery razy w tygodniu na dwór, niezależnie od pogody, i męczą się nie wiadomo po co, to fakt, że moja 12-letnia siostra była w stanie przebiec kilka kilometrów zrobiło na mnie wrażenie i uległam naciskom (rozkazom, całe szczęście, że moja Mama potrafi tak piłować) i w dzień ostatniego egzaminu sesji letniej rok temu poszłam na pierwszy trening. 

I zaczęło się szlifowanie charakteru. Od zawsze jestem uparta jak osioł. Regularne wychodzenie i postępowanie według planu nie było dla mnie problemem. Problem pojawił się wtedy, kiedy nie mogłam wykonać planu, bo nie miałam SIŁY! Dramat! Kryzys pojawił się, kiedy miałam przejść z 3 minut biegania na 4 minuty. No nie szło tego zrobić. Męczyłam się, dyszałam i po 3,5 minuty musiałam iść. To było dla mnie jak koniec świata, już byłam przekonana, że to koniec tego całego biegania, że będę tak biegać te 3,5 minuty już zawsze. Jakże śmieszne to było myślenie. Teraz już wiem, że trzeba robić wszystko w zgodzie ze swoim organizmem. Mogłam biec 3,5 minuty i ani sekundy więcej? No to zrobiłam kolejny tydzień treningów po 3,5 minuty. A w kolejnym tygodniu biegałam już 4. 

Ale to były wakacje, więc było kolorowo. Później zaczął się semestr i jesień - szaruga, deszcz, zimno, zajęcia, zaliczenia, nauka, plan poszatkowany jak zwykle na naszej uczelni. Na początku to też było wyzwanie - ubrać te buty i kurtkę i wyjść na deszcz. Wstać wcześniej, żeby pobiegać przed zajęciami. Odrzucić obawy o to, że jak tylko wyjdę na trening, to zaraz będę chora. Jeszcze gorzej było przy temperaturze parę, a nawet kilkanaście, ładnych stopni poniżej zera. Kiedy padający śnieg zamarzał mi na kurtce i okularach, a każdy nieuważny krok na chodniku mógł się skończyć jakimś paskudnym złamaniem. I tak kusiło, żeby zostać pod kocykiem, wypić kakao, poczytać książkę, obejrzeć serial, przecież jest tak zimno...

I siedziałam pod kocykiem, z gorącym kakao w łapce, z książką, zapaloną świeczką i szerokim, błogim uśmiechem spowodowanym, dajmy na to, ośmioma kilometrami w srogim mrozie. Jak to mówią, nie ma słabej pogody do biegania, są tylko słabe charaktery. I bywają takie warunki, że każde kolejne wyjście na trening stanowi wyzwanie i muszę walczyć sama ze sobą i tłumaczyć sobie, że brzydka pogoda czy dużo nauki to nie jest wystarczający argument, żeby nie wyjść na trening. I za każdym razem, gdy w takiej sytuacji uda mi się samą siebie do tego przekonać (a zwykle tak jest), to czuję, jakbym była Mario, który właśnie zjadł powiększającego grzybka, albo złapał szalenie migającą gwiazdkę. W momencie każdego wyjścia na trening dostaję szansę walczenia ze swoim lenistwem. I jest to cudowne! Często nie czuję, że mam taką szansę, bo tak bardzo chce mi się biegać, że już przebieram nóżkami od rana. 

W okolicy końca semestru zimowego miałam kolejny kryzys, a taki oto, że brakowało mi czasu. Szkoda mi było dużo biegać, skoro miałam dużo nauki. A że nie biegałam wg jakiegoś planu, to szłam na trening z myślą, "żeby coś tam pobiegać, chociaż 5 km". I tak rzeczywiście to wyglądało, biegałam po 5-6 km, 8 km to było dla mnie już coś.

Teraz 8km to dla mnie minimum, a piątka na treningu to śmieszny dystans - po co tracić czas na 5km trening?! Przedwczoraj przebiegłam pierwszy raz 17 km. Jestem zapisana na półmaraton w październiku. A apetyt wciąż mi rośnie! Stawiam sobie nowe wyzwania i powoli do nich dochodzę. I wciąż biegam w śmiesznym tempie, ale teraz wiem, że jak potrenuję, to osiągnę duże postępy. Nie myślę już, że nigdy nie przejdę z 3 do 4 minut, metaforycznie rzecz ujmując. 

Dzięki bieganiu nie biorę już leków na serce. Moje tętno spoczynkowe spadło z ok. 120-130 do 70 uderzeń na minutę. Nie denerwuję się tak dużo i mam więcej dystansu do siebie i do różnych spraw. Niektórymi rzeczami, na które nie mam wpływu, przestałam się przejmować. Mimo że nie było to moim celem, to w ramach skutków ubocznych straciłam 5 kg i kilka ładnych centymetrów w biodrach. Mam dobrą kondycję. Bieganie zapoczątkowało u mnie większą świadomość na temat zdrowego jedzenia i dzięki temu dużo zdrowszą dietę. Nie w celu odchudzania, którym jest opętany współczesny świat. Po prostu dla zdrowia i dobrego samopoczucia. Dostrzegłam, że to, co jem, ma niesamowity wpływ na to, jak się czuję. Nie za 30 lat, ale teraz, w tej chwili, dzisiaj. Zaczęłam ćwiczyć siłowo, więc jestem silniejsza. Wiele problemów, które kiedyś rozdmuchałabym do rozmiarów katastrofy, po wyjściu na trening całkowicie znika. Rozwijam się, stawiam sobie cele i dążę do ich osiągnięcia, biorę udział w zawodach i doświadczam tej cudownej atmosfery. Nie rywalizacji, a współpracy, wzajemnego wsparcia na trasie. Jestem spokojniejsza i lepiej sypiam. Jestem lepszą partnerką w związku, lepszą córką, siostrą, lepszą kobietą, lepszym człowiekiem. 

Dlatego świętuję to, że od roku biegam. Rok to niewiele, kiedyś mam nadzieję świętować 30. rocznicę biegania. Widzę siebie biegającą rano przed pracą. Widzę siebie biegającą z mężem, z dzieckiem w wózku, z kilkunastoletnimi dziećmi, z wnukami w wózku, itd. Ale nigdy nie zapomnę, jak diametralnie zmienił moje życie ten pierwszy rok biegania. Czuję się jak najszczęśliwszy człowiek na ziemi! 

A wiecie co dodatkowo mnie motywuje i uszczęśliwia? Wy! Wiele osób podchodzi do mnie i mówi - zaczęłam biegać przez Ciebie! Powiedziałabym nieskromnie, że DZIĘKI mnie, a nie PRZEZE mnie, ale niech będzie! I raduje mi się serducho przy każdej takiej wiadomości. Nawet jeśli niewiele z tych osób pokocha bieganie na stałe, to ogromnym sukcesem jest dla mnie to, że dzięki mnie ktoś wyjdzie i zrobi marszobiegi. Jesteście wielcy! Podziwiam Was, bo wiem, że jednak trochę samozaparcia i siły charakteru potrzeba, żeby to zrobić. A jeśli okaże się, że bieganie Was jednak nie kręci - to może będzie to początek poszukiwania odpowiedniej dla Was aktywności. Nie każdy przecież musi biegać! Może dla Was stworzona jest zumba, siatkówka, pływanie, joga albo podnoszenie ciężarów? O jednym jestem przekonana - dla każdego jest jakaś aktywność fizyczna, która da mu radość. Oczywiście po przezwyciężeniu w sobie wewnętrznego, zasiedziałego od wielu lat lenia. Dlatego szukajcie! Próbujcie i urozmaicajcie. I piszcie mi o efektach swoich poszukiwań i rozpoczętych przygód z bieganiem. Cieszę się jak dziecko, że mogę się przyczynić do otwarcia niektórych ludzi na tak ogromne, pozytywne zmiany, jakie zaszły w moim życiu! :)

Pozdrawiam ciepło i wysyłam Wam mnóstwo zakręconej energii. Jest tak ciepło, ale szkoda przecież leżeć tylko na leżaczku. Zróbcie coś jutro! Pójdźcie na spacer, na rower. Cokolwiek. A kto wie, co będzie się u Was działo za rok! :)

A jak wyglądało moje świętowanie? Najpierw postawiłam sobie wyzwanie, że przebiegnę na czterech treningach 52 km - bo wedle mojej aplikacji tyle brakowało mi do równego tysiąca. I udało się - 12,3 km + 10,9 km + 12 km + 17 km. 



Ostatni trening był naprawdę ciężki - mój poprzedni rekord dystansowy to 15 km. Biegłam z izotonikiem i batonikiem, o 21, bo wcześniej grzało jak w piekle. Satysfakcja jak nigdy. Teraz wiem, że na pewno dam radę przebiec półmaraton! Jak widzieliście w poprzednim wpisie, Mama zrobiła mi supertorta - z kaszy jaglanej, kakao, awokado, bananów, agaru i malin:) 100% zdrowia i 100% energii do dalszych treningów! A w weekend Mój Mężczyzna zabrał mnie na wycieczkę i uskutecznialiśmy chillout, po długim wybieganiu poprzedniego wieczoru.


Nic tylko świętować, odpoczywać i zajadać się torcikiem. Na koniec wypada też podsumować dotychczasowe wyniki i uczestnictwo w zawodach:

Bieg dla kobiet, 5 km, 35:33.
Grand Prix zBiegiemNatury, 5 km, 29:25.
II GO! Bieg, 10 km, 59:16 (z zatruciem pokarmowym trwającym od 4:00 rano tego dnia przez dwa dni).
Dolnośląskie Biegi Europejski im. Jerzego Szmajdzińskiego, 3,4 km, 17:30.
Europejskie Biegi Uliczne, 10 km, 1:00:40. 

Najważniejszy obecnie cel: półmaraton w Legnicy. Realizuję plan treningowy na czas poniżej 2h i choć póki co wydaje mi się to poza zasięgiem, to zobaczymy, co da się wybiegać przez te 3 miesiące:)

sobota, 5 lipca 2014

1 roczek Martusi :)

Dziś mija 1 rok od kiedy Martusia zaczęła biegać. Wczoraj zrobiła swój tysięczny kilometr. Coby uczcić na zdrowo Jej małe święto zrobiłam czekoladowego torta jaglanego :)

Czekoladowy tort jaglany z masą czekoladową z bananów i avocado ze świeżymi malinami i agarem


Ciasto:

1,5 szklanki kaszy jaglanej ugotować na sypko i przestudzić,
400 ml jogurtu naturalnego,
8 jajek,
2 łyżki ksylitolu,
6 łyżeczek kakao lub karobu ( ja, ponieważ skończył mi się karob, użyłam kakao), 
2 łyżeczki proszku do pieczenia bio,
zmielone migdały do wysypania spodu tortownicy.

Masa:

Przepis od  vea love green
Ja zrobiłam z zpodwójnej ilości składników podanych przez Iwonkę, zamiast karobu - kakao i zamiast syropu zaledwie łyżeczka ksylitolu :)

Ponadto:

3 koszyczki malin,
2 łyżeczki agaru,

Wszystkie składniki na ciasto porządnie potraktować blenderem i wylać na tortownicę popryskaną oliwą i posypaną zmielonymi migdałami. Wstawić do nagrzanego do 180 stopni Celcjusza piekarnika i piec ok. 1 godzinę. Następnie pozostawić ciasto do wystygnięcia.

W czasie studzenia ciasta  2 koszyczki malin wsypać do rondelka, dodać 1,5 łyżki ksylitolu, a w 1/3 szklanki wrzącej wody rozpuścić 2 łyżeczki agaru i szybko wlać do malin, następnie pogotować je przez kilka minut. Galaretkę z malinami także odstawić do wystygnięcia.

W następnej kolejności ciasto przekroić w połowie. Przygotować masę i na jednej części ciasta ją wyłożyć  ( zostawiając 2 łyżki do wysmarowania boków i rantu tortu). Na wyłożoną masę wysypać 1 koszyczek malin i przykryć drugą połową ciasta. Na wierzch wylać tężejącą galaretkę z agaru z malinami . Boki ciasta i centymetrowy rant tortu posmarować pozostałą masą.



Zdrowy tort :)
Smacznego




P.S.

Ponieważ ugotowałam 2 szklanki kaszy, to z tej 1/4 części zrobiłam krem czekoladowy a'la nutella.
Kasza, 4 daktyle, 2 łyżeczki ksylitolu, 2 łyżki oleju kokosowego i 2 łyżki kakao zmalaksowałam na gładką masę i jest do kanapek.

sobota, 31 maja 2014

Brownie & Blondie - na Dzień Dziecka jako Myszka Miki :)

Dla moich dzieciaczków, dzisiaj ciasto zaczerpnięte z przepisu doliny smaków.


Ciasta jaglane są niezwykle pyszne, ale też i zdrowe. Ja zrobiłam je z podwójnej ilości produktów i jedno w formie Myszki Miki, takie jak było w oryginalnym przepisie (jako słodzika użyłam miodu), a drugie udekorowałam przepołowionymi truskawkami i tak zapiekłam. Polecam.

Zwróćcie uwagę, na zachwycającą, przytłaczająco genialną metamorfozę Mikiego - psychopatycznego mordercy z twarzą pociętą bliznami, w dobrze znaną nam, najsympatyczniejszą Myszę na świecie :)



wtorek, 8 kwietnia 2014

Nasze bieganie już raczkuje.

Dzisiaj WIELKI DZIEŃ! Równo rok temu zaczęłyśmy biegać (ja z Julcią, bo Martusia będzie miała swoją rocznicę w lipcu, ale czynnie uczestniczy z nami w świętowaniu)! 



To było 8 kwietnia 2013 roku (znamienita data w naszym kalendarzu). Jak już wiele razy wspominałam, trudno moje początki było nazwać bieganiem, bo zaczynałyśmy od 30 sekund biegu i 4,5 minuty marszu, powtarzając taką serię sześć razy. Muszę powiedzieć, że te pół minuty było dla mnie wykańczające, miałam tak słabą kondycję, że bieg (wolny truchcik, dorównujący prędkością niemalże szybkiemu marszowi) przez 30 sekund był dla mnie powalający na łopaty, a stopy bolały niemiłosiernie (dlatego tak ważne są buty już od pierwszego treningu). Po takim treningu byłam wykończona (Julcia, z racji wieku i zaliczania lekcji w-f, na luzie wyrabiała i nawet mnie popędzała i motywowała ciągłym porównywaniem do siebie i lekką, ale i dosadną, kpiną z kondycji starszawej matki). Zaczynałyśmy od takich króciutkich przebieżek przeplatanych z marszem, ćwiczyłyśmy (nadal ćwiczymy) cztery razy w tygodniu i z treningu na trening mogłyśmy się poszczycić coraz to większą wytrzymałością. Moim przełomem biegowym był dzień, kiedy przebiegłam bez zatrzymywania się 30 minut i wtedy już wiedziałam, że bieganie to jest to, co lubię.
Teraz biegamy średnio po 10 km cztery razy w tygodniu, czasami jak mam czas, w sobotę lub niedzielę, to biegnę więcej - 12-15 km.

Nasze osiągnięcia:

1.    Bieg dla Kobiet - 5 km, czyli nasz pierwszy oficjalny bieg, gdzie ustaliłyśmy nasze pierwsze
       "życiówki" na tym dystansie:
  • Ja: 28:08
  • Jula: 31:11
  • Marta (wylazła na zawody prosto z łóżka po przeziębieniu): 35:33
2.    ZBiegiemNatury na 5 km - tutaj niestety dzieciaki nie mogły wziąć udziału w biegu głównym,
       dlatego też Julia biegła z dzieciarnią w swojej kategorii wiekowej, na dystansie 1,5 km. Nasze
       czasy trochę się poprawiły:
  • Ja: 27:21
  • Jula: 6:31, którym to czasem zdobyła I miejsce w swojej kategorii! Brawa!
  • Marta: 29:25
3.    Regularny udział w ogólnopolskiej akcji „Biegam Bo Lubię” (nawet Mąż bierze udział!!!!!!),
4.    Nasze roczne statystyki to w przybliżeniu:
  • 1200 przebiegniętych kilometrów,
  • 170 treningów,
  • 150 godzin na nie poświęconych.

Nasze cele na ten i przyszły rok:

1.    Bieg na 10 km we Wrocławiu 12 kwietnia - celujemy w godzinę z małym haczykiem,
2.    Bieg na 10 km w Bolesławcu 25 maja - tu fajnie byłoby zejść choć sekundę poniżej godziny,
3.    Półmaraton w październiku we Wrocławiu - byle przebiec!,
4.    Półmaraton w okolicach marca 2015 roku - może poniżej 2 godzin?,
5.    Maraton w połowie 2015 roku w Polsce,
6.    Największe marzenie Martusi i moje to maraton w Rzymie, Barcelonie i w Tokio.

Niestety 12-letnia Jula jest uważana przez znaczną większość organizatorów biegów za zbyt małą, by biec na 5 km, a co dopiero na dwa razy tyle. Gdzie tylko jest taka możliwość, Młoda biegnie z nami, a jak nie - to bierze udział w biegu dla dzieci na krótszym dystansie, w którym, no cóż, wygrywa :) Kiedy Jula przebiegnie swój pierwszy półmaraton? Kiedy tylko pozwoli jej na to, obecnie dopiero zaczynający dojrzewać, organizm :)

Co nam bieganie dało:
  1. Niesamowitą wolność!!!!!, 
  2. Współistnienie z naturą, z lasem, polami, rzekami, pięknym błękitem nieba, 
  3. Częste spotkania z sarnami, jelonkami, zającami, orzełkami, baranami i innymi zwierzętami 
  4. Spełnienie, a co za tym idzie - brak nudy, 
  5. Sprawność, sprawność i sprawność, podpartą oczywiście jogą, 
  6. Inne spojrzenie na odżywianie, po prostu zdrowe i racjonalne podejście do odżywiania, bo bez paliwa przecież nikt nie pobiegnie, 
  7. Kształtowanie silnej woli, wygrywanie z drobnymi ludzkimi słabościami, 
  8. Nauczyło nas racjonalnego gospodarowania czasem, 
  9. Poprawę jakości życia, 
  10. Zadowolenie, 
  11. Uodpornienie na stres, 
  12. Witalność i permanentne dobre samopoczucie, 
  13. Super czas z córkami lub innymi współuzależnionymi od biegania.
Jest super kolorowo:)


Ponadto dla mnie, jako genetycznie obciążonej chorobami serca i nadciśnieniem, systematyczny trening zadziałał kompleksowo. W jego wyniku już po kilku tygodniach zaobserwować mogłam niższe tętno spoczynkowe (w bezruchu), obniżone ciśnienie tętnicze, poziom cholesterolu na odpowiednim poziomie (chociaż wcześniej akurat ten był ok), znacznie zwiększoną wydolność organizmu. Przestałam brać leki na serce, które przyjmowałam już od kilku lat. Martusia także nie ma już napadów wysokiego tętna i złego sercowego samopoczucia. Ponadto nasz układ mięśniowy i kostny stał się znacznie mocniejszy, dziewczyny mają mocny brzuch, plecy, łydki, uda, ramiona (ja chyba też!). Nie jesteśmy zwiotczałe, choć niektórzy zjadliwcy twierdzą oczywiście, że jesteśmy za chude, ale w kosmos z nimi! My lubimy być „chude”! Tak się dobrze czujemy.
Same pozytywy, a więc „jak tu nie biegać!”?.

Dziś świętujemy !!!

Zajadamy lody, ciasto z kaszy jaglanej i jabłek oraz własnoręcznie zrobione czekoladki:)


Zajadamy się węglowodanami, ale wcześniej ten roczek uczciłyśmy z Julcią (bo Marta też, ale we Wrocławiu) średnim wybieganiem połączonym ze wspominkami w pokonywaniu pierwszej trasy (wówczas w naszym mniemaniu superciężkiej). To co pokonywałyśmy na początku w marszobiegu w 30 minut, teraz na luziku biegniemy w 10 minutek. Dzisiaj biegłyśmy właśnie naszą pierwszą trasą i wspominałyśmy z rozrzewnieniem jakie z nas były maniany, a teraz takie pakerki:) Jesteśmy szczęśliwe, bo biegamy!!!! A na zwieńczenie treningu w domu jeszcze joga dla biegaczy, także czujemy się jak po SPA (Marta tak to nazwała) :)



Zachęcam wszystkich do biegania, bo to jest ekstra fajna zabawa i powód do wspólnego spędzania czasu ze współbiegaczami, czyli współuzależnionymi, czyli w naszym przypadku matki z córkami:)