niedziela, 6 lipca 2014

Krótka historia szlifowania charakteru.

Wczoraj wielki dzień. Symboliczny oczywiście, tak jak wszelkie rocznice - mają raczej metaforyczny sens, bo świętujemy fakt, że coś trwa. A skoro świętujemy, to znaczy że jest powód do radości, że to coś trwa. Że trwanie tego czegoś nam coś daje. Coś dobrego, pozytywnego, taki wymiar, który przyczynia się do tego, że świętujemy. Świętujemy urodziny, rocznice związków, okrągłe sumy stażu pracy, itp. A ja pośród tego wszystkiego świętuję rok biegania. Pomyślicie sobie - głupia, co tu świętować? Ludzie uprawiają różne sporty i czy trzęsą się nad faktem, że rok temu zaczęli grać w siatkówkę?

No cóż, niektórzy pewnie tak. Ale, uwaga pierwsza, bieganie nie jest dla mnie "sportem". Nie tylko, oczywiście. Bieganie to dla mnie o wiele więcej. Słowo "pasja" też nie wydaje mi się wystarczające. Nie mam ambicji znaleźć odpowiedniego słowa, bo mogłoby to być niewykonalne. Nie wynoszę biegania ponad wszystko, bo są dla mnie rzeczy dużo ważniejsze w życiu. Ale, uwaga druga, w ciągu tego roku, od kiedy biegam, "bieganie" stało się nieodłączną częścią mojej tożsamości. Ja bez biegania nie byłabym już sobą, byłabym jakąś niepełną, śmieszną, karykaturalną wersją. Tak samo jak ja bez uniwersum Harry'ego Pottera, bez trampków Converse'a, bez zamiłowania do herbaty, bez kolczyków czy bez strzelania stawami. Nie wspominając już nawet o ważniejszych elementach mojej tożsamości, takich jak wiara w Boga. Minął zaledwie rok (a podkreślić należy, że rok temu rozpoczęłam marszobiegi w planie minuta biegania plus cztery minuty marszu, a do trzaskania kilometrów bez marszu doszłam dopiero we wrześniu zeszłego roku), a już ciężko jest wyobrazić mi sobie siebie bez biegania. Na tle tego, że przez całe liceum i większość gimnazjum nie ćwiczyłam na w-fie i miałam zwolnienie od ortopedy, przy czym byłam niezwykle uparcie niechętna do aktywności typu pływanie, jazda na rowerze, chodzenie po górach, fakt ten robi na mnie samej niezłe wrażenie.

Bieganie otworzyło mi wiele nowych możliwości. Skoro teraz w moim pojęciu mnie samej zawierają się co najmniej godzinne wybiegania cztery razy w tygodniu, no to robię się bardziej chętna i otwarta na pójście na basen, chodzenie po górach, jazdę na rolkach czy na rowerze, skakanie na skakance. Nagle dostrzegłam setki nowych sposobów spędzania wolnego czasu. Ale też poznawania nowych ludzi - uściski dla wszystkich z naszego BBL :)

Na szczęście jestem osobą otwartą na propozycje bliskich i mimo że na początku podśmiewałam się z Mamy i Siostry, że wychodzą cztery razy w tygodniu na dwór, niezależnie od pogody, i męczą się nie wiadomo po co, to fakt, że moja 12-letnia siostra była w stanie przebiec kilka kilometrów zrobiło na mnie wrażenie i uległam naciskom (rozkazom, całe szczęście, że moja Mama potrafi tak piłować) i w dzień ostatniego egzaminu sesji letniej rok temu poszłam na pierwszy trening. 

I zaczęło się szlifowanie charakteru. Od zawsze jestem uparta jak osioł. Regularne wychodzenie i postępowanie według planu nie było dla mnie problemem. Problem pojawił się wtedy, kiedy nie mogłam wykonać planu, bo nie miałam SIŁY! Dramat! Kryzys pojawił się, kiedy miałam przejść z 3 minut biegania na 4 minuty. No nie szło tego zrobić. Męczyłam się, dyszałam i po 3,5 minuty musiałam iść. To było dla mnie jak koniec świata, już byłam przekonana, że to koniec tego całego biegania, że będę tak biegać te 3,5 minuty już zawsze. Jakże śmieszne to było myślenie. Teraz już wiem, że trzeba robić wszystko w zgodzie ze swoim organizmem. Mogłam biec 3,5 minuty i ani sekundy więcej? No to zrobiłam kolejny tydzień treningów po 3,5 minuty. A w kolejnym tygodniu biegałam już 4. 

Ale to były wakacje, więc było kolorowo. Później zaczął się semestr i jesień - szaruga, deszcz, zimno, zajęcia, zaliczenia, nauka, plan poszatkowany jak zwykle na naszej uczelni. Na początku to też było wyzwanie - ubrać te buty i kurtkę i wyjść na deszcz. Wstać wcześniej, żeby pobiegać przed zajęciami. Odrzucić obawy o to, że jak tylko wyjdę na trening, to zaraz będę chora. Jeszcze gorzej było przy temperaturze parę, a nawet kilkanaście, ładnych stopni poniżej zera. Kiedy padający śnieg zamarzał mi na kurtce i okularach, a każdy nieuważny krok na chodniku mógł się skończyć jakimś paskudnym złamaniem. I tak kusiło, żeby zostać pod kocykiem, wypić kakao, poczytać książkę, obejrzeć serial, przecież jest tak zimno...

I siedziałam pod kocykiem, z gorącym kakao w łapce, z książką, zapaloną świeczką i szerokim, błogim uśmiechem spowodowanym, dajmy na to, ośmioma kilometrami w srogim mrozie. Jak to mówią, nie ma słabej pogody do biegania, są tylko słabe charaktery. I bywają takie warunki, że każde kolejne wyjście na trening stanowi wyzwanie i muszę walczyć sama ze sobą i tłumaczyć sobie, że brzydka pogoda czy dużo nauki to nie jest wystarczający argument, żeby nie wyjść na trening. I za każdym razem, gdy w takiej sytuacji uda mi się samą siebie do tego przekonać (a zwykle tak jest), to czuję, jakbym była Mario, który właśnie zjadł powiększającego grzybka, albo złapał szalenie migającą gwiazdkę. W momencie każdego wyjścia na trening dostaję szansę walczenia ze swoim lenistwem. I jest to cudowne! Często nie czuję, że mam taką szansę, bo tak bardzo chce mi się biegać, że już przebieram nóżkami od rana. 

W okolicy końca semestru zimowego miałam kolejny kryzys, a taki oto, że brakowało mi czasu. Szkoda mi było dużo biegać, skoro miałam dużo nauki. A że nie biegałam wg jakiegoś planu, to szłam na trening z myślą, "żeby coś tam pobiegać, chociaż 5 km". I tak rzeczywiście to wyglądało, biegałam po 5-6 km, 8 km to było dla mnie już coś.

Teraz 8km to dla mnie minimum, a piątka na treningu to śmieszny dystans - po co tracić czas na 5km trening?! Przedwczoraj przebiegłam pierwszy raz 17 km. Jestem zapisana na półmaraton w październiku. A apetyt wciąż mi rośnie! Stawiam sobie nowe wyzwania i powoli do nich dochodzę. I wciąż biegam w śmiesznym tempie, ale teraz wiem, że jak potrenuję, to osiągnę duże postępy. Nie myślę już, że nigdy nie przejdę z 3 do 4 minut, metaforycznie rzecz ujmując. 

Dzięki bieganiu nie biorę już leków na serce. Moje tętno spoczynkowe spadło z ok. 120-130 do 70 uderzeń na minutę. Nie denerwuję się tak dużo i mam więcej dystansu do siebie i do różnych spraw. Niektórymi rzeczami, na które nie mam wpływu, przestałam się przejmować. Mimo że nie było to moim celem, to w ramach skutków ubocznych straciłam 5 kg i kilka ładnych centymetrów w biodrach. Mam dobrą kondycję. Bieganie zapoczątkowało u mnie większą świadomość na temat zdrowego jedzenia i dzięki temu dużo zdrowszą dietę. Nie w celu odchudzania, którym jest opętany współczesny świat. Po prostu dla zdrowia i dobrego samopoczucia. Dostrzegłam, że to, co jem, ma niesamowity wpływ na to, jak się czuję. Nie za 30 lat, ale teraz, w tej chwili, dzisiaj. Zaczęłam ćwiczyć siłowo, więc jestem silniejsza. Wiele problemów, które kiedyś rozdmuchałabym do rozmiarów katastrofy, po wyjściu na trening całkowicie znika. Rozwijam się, stawiam sobie cele i dążę do ich osiągnięcia, biorę udział w zawodach i doświadczam tej cudownej atmosfery. Nie rywalizacji, a współpracy, wzajemnego wsparcia na trasie. Jestem spokojniejsza i lepiej sypiam. Jestem lepszą partnerką w związku, lepszą córką, siostrą, lepszą kobietą, lepszym człowiekiem. 

Dlatego świętuję to, że od roku biegam. Rok to niewiele, kiedyś mam nadzieję świętować 30. rocznicę biegania. Widzę siebie biegającą rano przed pracą. Widzę siebie biegającą z mężem, z dzieckiem w wózku, z kilkunastoletnimi dziećmi, z wnukami w wózku, itd. Ale nigdy nie zapomnę, jak diametralnie zmienił moje życie ten pierwszy rok biegania. Czuję się jak najszczęśliwszy człowiek na ziemi! 

A wiecie co dodatkowo mnie motywuje i uszczęśliwia? Wy! Wiele osób podchodzi do mnie i mówi - zaczęłam biegać przez Ciebie! Powiedziałabym nieskromnie, że DZIĘKI mnie, a nie PRZEZE mnie, ale niech będzie! I raduje mi się serducho przy każdej takiej wiadomości. Nawet jeśli niewiele z tych osób pokocha bieganie na stałe, to ogromnym sukcesem jest dla mnie to, że dzięki mnie ktoś wyjdzie i zrobi marszobiegi. Jesteście wielcy! Podziwiam Was, bo wiem, że jednak trochę samozaparcia i siły charakteru potrzeba, żeby to zrobić. A jeśli okaże się, że bieganie Was jednak nie kręci - to może będzie to początek poszukiwania odpowiedniej dla Was aktywności. Nie każdy przecież musi biegać! Może dla Was stworzona jest zumba, siatkówka, pływanie, joga albo podnoszenie ciężarów? O jednym jestem przekonana - dla każdego jest jakaś aktywność fizyczna, która da mu radość. Oczywiście po przezwyciężeniu w sobie wewnętrznego, zasiedziałego od wielu lat lenia. Dlatego szukajcie! Próbujcie i urozmaicajcie. I piszcie mi o efektach swoich poszukiwań i rozpoczętych przygód z bieganiem. Cieszę się jak dziecko, że mogę się przyczynić do otwarcia niektórych ludzi na tak ogromne, pozytywne zmiany, jakie zaszły w moim życiu! :)

Pozdrawiam ciepło i wysyłam Wam mnóstwo zakręconej energii. Jest tak ciepło, ale szkoda przecież leżeć tylko na leżaczku. Zróbcie coś jutro! Pójdźcie na spacer, na rower. Cokolwiek. A kto wie, co będzie się u Was działo za rok! :)

A jak wyglądało moje świętowanie? Najpierw postawiłam sobie wyzwanie, że przebiegnę na czterech treningach 52 km - bo wedle mojej aplikacji tyle brakowało mi do równego tysiąca. I udało się - 12,3 km + 10,9 km + 12 km + 17 km. 



Ostatni trening był naprawdę ciężki - mój poprzedni rekord dystansowy to 15 km. Biegłam z izotonikiem i batonikiem, o 21, bo wcześniej grzało jak w piekle. Satysfakcja jak nigdy. Teraz wiem, że na pewno dam radę przebiec półmaraton! Jak widzieliście w poprzednim wpisie, Mama zrobiła mi supertorta - z kaszy jaglanej, kakao, awokado, bananów, agaru i malin:) 100% zdrowia i 100% energii do dalszych treningów! A w weekend Mój Mężczyzna zabrał mnie na wycieczkę i uskutecznialiśmy chillout, po długim wybieganiu poprzedniego wieczoru.


Nic tylko świętować, odpoczywać i zajadać się torcikiem. Na koniec wypada też podsumować dotychczasowe wyniki i uczestnictwo w zawodach:

Bieg dla kobiet, 5 km, 35:33.
Grand Prix zBiegiemNatury, 5 km, 29:25.
II GO! Bieg, 10 km, 59:16 (z zatruciem pokarmowym trwającym od 4:00 rano tego dnia przez dwa dni).
Dolnośląskie Biegi Europejski im. Jerzego Szmajdzińskiego, 3,4 km, 17:30.
Europejskie Biegi Uliczne, 10 km, 1:00:40. 

Najważniejszy obecnie cel: półmaraton w Legnicy. Realizuję plan treningowy na czas poniżej 2h i choć póki co wydaje mi się to poza zasięgiem, to zobaczymy, co da się wybiegać przez te 3 miesiące:)

sobota, 5 lipca 2014

1 roczek Martusi :)

Dziś mija 1 rok od kiedy Martusia zaczęła biegać. Wczoraj zrobiła swój tysięczny kilometr. Coby uczcić na zdrowo Jej małe święto zrobiłam czekoladowego torta jaglanego :)

Czekoladowy tort jaglany z masą czekoladową z bananów i avocado ze świeżymi malinami i agarem


Ciasto:

1,5 szklanki kaszy jaglanej ugotować na sypko i przestudzić,
400 ml jogurtu naturalnego,
8 jajek,
2 łyżki ksylitolu,
6 łyżeczek kakao lub karobu ( ja, ponieważ skończył mi się karob, użyłam kakao), 
2 łyżeczki proszku do pieczenia bio,
zmielone migdały do wysypania spodu tortownicy.

Masa:

Przepis od  vea love green
Ja zrobiłam z zpodwójnej ilości składników podanych przez Iwonkę, zamiast karobu - kakao i zamiast syropu zaledwie łyżeczka ksylitolu :)

Ponadto:

3 koszyczki malin,
2 łyżeczki agaru,

Wszystkie składniki na ciasto porządnie potraktować blenderem i wylać na tortownicę popryskaną oliwą i posypaną zmielonymi migdałami. Wstawić do nagrzanego do 180 stopni Celcjusza piekarnika i piec ok. 1 godzinę. Następnie pozostawić ciasto do wystygnięcia.

W czasie studzenia ciasta  2 koszyczki malin wsypać do rondelka, dodać 1,5 łyżki ksylitolu, a w 1/3 szklanki wrzącej wody rozpuścić 2 łyżeczki agaru i szybko wlać do malin, następnie pogotować je przez kilka minut. Galaretkę z malinami także odstawić do wystygnięcia.

W następnej kolejności ciasto przekroić w połowie. Przygotować masę i na jednej części ciasta ją wyłożyć  ( zostawiając 2 łyżki do wysmarowania boków i rantu tortu). Na wyłożoną masę wysypać 1 koszyczek malin i przykryć drugą połową ciasta. Na wierzch wylać tężejącą galaretkę z agaru z malinami . Boki ciasta i centymetrowy rant tortu posmarować pozostałą masą.



Zdrowy tort :)
Smacznego




P.S.

Ponieważ ugotowałam 2 szklanki kaszy, to z tej 1/4 części zrobiłam krem czekoladowy a'la nutella.
Kasza, 4 daktyle, 2 łyżeczki ksylitolu, 2 łyżki oleju kokosowego i 2 łyżki kakao zmalaksowałam na gładką masę i jest do kanapek.

czwartek, 26 czerwca 2014

Janusz Leon Wiśniewski :)

Kolejna pozycja zaliczona w czasie choróbska, to nowa książka Wiśniewskiego, moim skromnym zdaniem jednego z najlepszych pisarzy współczesnych, który widać uwielbia kobiety i umie dla Nich pisać - "Grand".
Wiśniewski z wykształcenia jest rybakiem, magistrem fizyki, doktorem informatyki, doktorem habilitowanym chemii, a przy tym wszystkim super pisarzem, pisarzem niezwykle inteligentnym. Jego przypadek wskazuje, że można połączyć duszę naukowca z duszą humanisty :)
Na swojej stronie internetowej pisze: "Panie, pomóż mi być takim człowiekiem, za jakiego bierze mnie mój pies". 
Wszystkie książki Wiśniewskiego traktują o uczuciach, Czytając je wiemy, że On nas rozumie, On rozumie i czci kobiety i to jest niezwykłe. Przeczytałam wszystkie Jego książki, przeczytałam i oglądnęłam mnóstwo wywiadów z Nim i mogę powiedzieć, że rzadko spotyka się tak uwrażliwionego mężczyznę, tak delikatnego, przeinteligentnego, szanującego kobiety ( no może oprócz mojego męża, ale On tak pisać nie umie).
"Grand"to zbiór historii różnych osób przebywających w jednym czasie w hotelu w Sopocie. Jest jak zwykle wątek miłości, ale przeplata się on z historyczną melancholią.
Polecam wszystkim wielbicielom Leona, a już 3 lipca premiera kolejnego Jego dzieła - "Ślady".





sobota, 21 czerwca 2014

Z pamiętnika połamanej :)

Dziś, po dłuższej przerwie cosik wypadałoby naskrobać :) Ja się zabieram do tego, bo  Marta opętana sesją, Julcia opętana recitalem dyplomowym w Szkole Muzycznej i zakończeniem podstawówki. 

Ostatnio bardziej czytałam niż pisałam z wiadomego względu połamaństwa. Zero gotowania, chociaż ostatnio dzięki maszynie do pieczenia chleba zrobiły się konfitury :) I to nie byle jakie,
  • bo jedne truskawkowe z miętą z naszego zielnika i z kardamonem, imbirem i cynamonem,

  •  drugie pomarańczowe z chili i imbirem,
 


 
  • i trzecie najciekawsze z jagód, zmalaksowanych truskawek, jabłek i mango - niebiański smak. Dla mnie najlepsze. Wszystkich wyszło ponad 40 słoiczków. Mam zamiar zrobić jeszcze agrestowe, kiwiowe, wiśniowe, porzeczkowe i z samego mango oraz morelowe. Może się uda :) Przy tym na szczęście nie trzeba siedzieć :)




Wszystkie konfiturki oczywiście bez cukru, dla osłody wyłącznie z odrobiną ksylitolu i rzecz jasna z naturalnym agarem.

Przeczytałam już, w czasie mojego kalectwa (bo te konfitury to wczoraj, a ja tak poleguję już czwarty tydzień ), mnóstwo książek rozmaitej maści. O niektórych już pisałam w czytelni, ale tylko zachęcając (bo potem może o nich napiszę) to głównie z tych ostatnich polecam "Botanikę duszy" Elizabeth Gilbert, wszystkim biegaczom poradniki Gallowaya "Bieganie metodą Gallowaya", "Trening mentalny biegacza. Jak utrzymać motywację" (mi obecnie potrzeba takich wskazówek), dla przypomnienia "Mitologię" Parandowskiego, dla oderwania "Zemsta ubiera się u Prady", " Historię Unii Europejskiej" dla siebie coby nie być jak niektórzy kandydaci do Europarlamentu, ale także pierwszy rozdział pracy magisterskiej Mani o móżdżku, pamięci i innych afazjach, fluencjach werbalnych, perseweracjach i jakichś anomiach. Poznałam nowe dla mnie mózgowe definicje. Niezwykle ciekawe doświadczenie :)  Mania ponadto (dla pochwałki) przywiozła następne super książki Księdza Orzecha i to w dodatku z dedykacjami, jedna dla mnie i Błażeja, a druga dla Mani i Michała. Zatem następne czekają...
Człowiek musi coś robić, jak nic nie może :)

Dotychczas dopadały mnie kontuzje związane z naderwaniem mięśni rozmaitych, ale o takich na długo wyłączających z biegania urazach to tylko czytałam i myślałam "mnie to nie dotyczy, bo ja przecież biegam książkowo, po miękkim, w dobrych butach, rozciągam się, raz w tygodniu masaż, joga codziennie". W ogóle biegam sporo, ale racjonalnie. Trener na BBL cały czas mi piłuje, że mam za krótki krok i mimo, że był on taki intuicyjny (krok) i w moim mniemaniu optymalny, to przyswajałam wskazówki mądrzejszego i po paru tygodniach krok się poprawił, choć nadal nie jest idealny, to zbliżyłam się do poprawnego, no ale Gallowayem to przecież nie jestem.

26 kwietnia był tysiączek z BBL i wtedy naderwałam sobie przywodziciela. Nie biegałam miesiąc, w tym czasie masaże, prądy, plastry (taping), zimne okłady z zamrożonego groszku, potem maści przeciwbólowe.
22 maja wróciłam do biegania, było lajtowo, powoli. Jeszcze coś tam czasami pociągało w udzie, ale już po takich rehabilitacjach należało wracać do normalności. A normalnie to biegam 4 razy w tygodniu po 8-10 km.
I tak 25 maja pobiegłam w biegach ulicznych, najpierw w biegu dla mam z mamuśkami na króciutkim odcinku i było spoko. Potem wyruszyliśmy na 10 km pierwszy raz w swoim mieście, bo nie raz już biegałyśmy z Manią i Julą w rozmaitych zawodach, ale tylko we Wrocławiu. Ostatnio na 10 km w kwietniu pobiłam swój rekord i pobiegłam 50 minut i 40 sekund ( na zawodach zawsze jest o kilka minut lepiej). W Bolesławcu miałam zamiar zejść poniżej 50 minut. No i niestety po czwartym kilometrze chrobotnęło mi w prawym boku, tak bardzo, że myślałam, że kość mi pękła (Mania pakerka ukończyła bieg mimo upału). Nie mogłam iść, Błażej mnie zawiózł do szpitala, zrobili RTG, na którym coś jakby ze stawem, może jakaś martwica i z pewnością zerwany mięsień. Dopiero usg i tomograf wykazały, że to mięśnie też, ale KOŚĆ ZŁAMANA (gałąź kości kulszowej). Kosmos po prostu, taka chojraczka ze mnie, a tu kość? Już czwarty tydzień boli niemiłosiernie, ale chyba zrasta się frania.
Nie upadłam, nie skoczyłam źle, nie nadepnęłam na kamyczka, nie pośliznęłam się. Ale mocarze biegowi, Ci co lubią udzielać najmądrzejszych rad, twierdzą, że to dlatego, że po asfalcie :) A czy widzieliście półmaratony, maratony tylko po miękkiej powierzchni, po trawie? Bo ja obserwuję ostanie np. we Wrocławiu i tam zawsze ulicami miasta. Bez przesady, nie trenuję na asfalcie ciągle, z reguły biegam po polach i lasach, ale asfalt tez się zdarza. Mam ok buty i jestem przekonana, że to nie przez to ,że biegłam po twardym, po prostu pech, straszny pech. I jakbym biegła po stadionie, to tez mnie to mogło spotkać. Teraz się modlę coby wreszcie przestało boleć, chodzę na pola magnetyczne, prądy i lasery. Pieszczę się ze sobą na maksa, żeby tylko kosteczka się zrosła, czytam Gallowaya dla pokrzepienia, oglądam zdjęcia Radzia ze wszystkich biegowych imprez ( dzięki) i czekam aż przestanie boleć, bo od tego czasu za dwa tygodnie ubieram buty i daję. Chodziłam tylko o kulach, ale teraz już prawie niepokracznie poruszam się po domu bez nich, tylko nie mogę siedzieć. Jedynie leżenie i to z odpowiednimi podkładkami pod wiadome miejsce :)
Nikt nie wie co to znaczy nie móc się wuefić, a zwłaszcza dla osoby tak aktywnej jak ja. Nie móc nic robić!!! Horror :) Ale jestem optymistką i codziennie wstaję rano z myślą, że to ten dzień, że już wcale nie będzie boleć i za dwa tygodnie już wracam. No niestety codziennie jest tak samo, tzn. boli cholerstwo, a czasami bardziej niż wcześniej. Dlatego, mimo, że Pan doktor powiedział mi, że jestem nerwik i muszę wrzucić na luz i "Moda na sukces" też jest dla ludzi i może tak miało być, że taka robolka aktywistka też czasami wymięka...

No może...
Mam nadzieję, że jutro już będzie lepiej, a pod koniec lipca już będę na BBL. Mania zapisana na półmaraton, a starszawa za rok niestety, ale ze zdwojoną siłą. Bo od tych kul to niezłe "muły" się wyrabiają i niezłe odciski na delikatnych rączkach:)



czwartek, 5 czerwca 2014

Krem ze szparagów

Sezon na szparagi trwa w najlepsze, a że jest krótki i lada moment będzie po nim, to zachęcam do korzystania i eksperymentowania z tym przepysznym warzywem:) Jednym z prostych, szybkich i pysznych sposobów na szparagi jest zupa krem. Jak już Mama kiedyś wspominała, a pod czym ja się podpisuję obydwiema rękoma, my zupy kremy lubimy jednoskładnikowe, a więc bez żadnych dodatków typu ziemniaki, cebula, itp. Lista składników jest zatem prosta:

szparagi (ja robiłam z białych)
trochę cukru, żeby złamać smak
sól, pieprz, czosnek sypany - co kto lubi
ewentualnie jakieś nasiona, pestki jako dodatek

Sposób przygotowania też jest prościutki:

1. Szparagom obcinamy końce (dodatkowo białe szparagi należy nieco obrać - zielonych się nie obiera),
2. Gotujemy je ok 8-10 min (tak żeby zmiękły),
3. W zależności od konsystencji jaką chcemy uzyskać (ja lubię gęste zupy), odlewamy trochę wody z garnka (jeśli chcemy gęstą zupę, to odlewamy większość wody) i blendujem, 
4. Doprawiamy do smaku (odrobinę cukru, soli, pieprzu, itd.)
5. Dosypujemy nasion, pestek (u mnie siemię lniane i nasiona słonecznika)

I gotowe:) 


Smacznego!

Szparagi - są bardzo mało kaloryczne (18 kcal w 100g), a do tego zawierają mnóstwo witamin i minerałów. Mają dużo błonnika, zawierają wapń, fosfor i potas, witaminy A, C, E oraz beta-karoten (a zatem wpływają na kondycję naszych włosów, paznokci i skóry, a także wzmacniają odporność). Kolejnym składnikiem jest kwas foliowy, szczególnie ważny dla kobiet w ciąży, ponieważ jego zadaniem jest wspomaganie prawidłowego rozwoju płodu. Poza tym jedząc szparagi, dostarczamy sobie asparaginy, która wspomaga prawidłowy poziom nawodnienia naszego organizmu, a także glutation, który wzmacnia odporność i odpowiada za oczyszczanie organizmu z toksyn.Nic, tylko się zajadać :) Szparagi smakują także wyśmienicie ugotowane (na parze - są super chrupiące) i polane sosem - beszamelowym albo np. miodowo-musztardowym:)