środa, 3 września 2014

Mity żywieniowe

Tak sobie myślę, że żyjemy w cudownych czasach. Wszystko jest w zasięgu ręki. Idziemy do supermarketu na zakupy i mamy dostęp do wszystkiego, co nam się zamarzy: pieczywo, owoce, warzywa, mięso, ryby, nabiał, wędliny, przetwory mleczne, jajka, produkty zbożowe, orzechy, napoje, słodycze, mrożonki, konserwy, ciastka, czipsy, alkohol... Można by wymieniać w nieskończoność. Czy to nie jest piękne? Nie musimy już biegać za mamutem, uciekać przed tygrysem, zbierać każdego wyrosłego z ziemi zielska i sprawdzać, czy się nim nie potrujemy. Jak dla mnie fantastycznie.

Ma to jednak swoje minusy... 

Po pierwsze, polując na mamuty i bizony i uciekając przed krwiożerczymi panterami, fundowaliśmy sobie kawał niezłego kardio. Nawet z obciążeniem, bo trzeba było popylać z włócznią pod ramieniem. Kobiety oczywiście mniej, a nawet wcale, ale zbieraczy tryb życia, utrzymanie domu i dzieci przy życiu też swoje robiły (tu mam feministyczne skojarzenia, ale daruję sobie). Podsumowując, workout był dzień w dzień odhaczany. W zasadzie życie to był jeden wielki workout. Dzisiaj co najwyżej porozciągamy się trochę przed komputerem, pójdziemy schodami, zamiast wołać windę, albo posiedzimy na piłce szwajcarskiej zamiast na poczciwym krześle. Oczywiście mamy (lub nie mamy, to zależy od jednostki) wydzielony czas na ćwiczenia, np. godzinę na siłownie trzy razy w tygodniu, czy tam 1,5-godzinne rozbiegania po 3-4 razy na tydzień. Przyznajmy jednak i uświadommy (piękne słowo) sobie, że te kilka godzin tygodniowo to nic w porównaniu do, dajmy na to, 10 godzin dziennie przesiedzianych przed biurkiem, stołem, telewizorem. Nie umniejszając nikomu, oczywiście, jego wysiłku, bo w dzisiejszych czasach to i tak jest godne podziwu.

Po drugie, jedzenie. Dieta była taka trochę raw, tyle że z mięsem. Wszystko się brało z natury, tak jak Pan Bóg stworzył, bo przecież człowiekowi prehistorycznemu (taka dygresja: nie zastanawiało Was nigdy to określenie? Nie szukałam informacji na ten temat, ale co to za człowiek, który istniał przed historią?) nie w głowie było zasiadanie w laboratorium i płodzenie glutaminianu sodu, sorbitoli, aspartamu, syropu glukozowo-fruktozowego, cukru inwertowanego, sorbinianu potasu, itp., itd. Jadło się tylko to, co wyrosło z ziemi, albo co się własnoręcznie ukatrupiło swoją dzidą. To oczywiście też miało swoje dobre i złe strony, ale tutaj chodzi mi o to, że brak było wtedy chemii w jedzeniu. Dziś wszystko musi smacznie wyglądać (barwniki), smacznie pachnieć (aromaty), super intensywnie smakować (wzmacniacze smaku), mieć fajną konsystencję (emulgatory, substancje żelujące, itp.), być słodkie (wszelkie substancje słodzące), a przede wszystkim musi długo stać w lodówce i się nie psuć (konserwanty), bo komu się chce chodzić codziennie do sklepu? A przy tym wszystkim musi być tego dużo i musi być TANIE. Im więcej syfu w produkcie, tym jest tańszy. Bo po co dodawać truskawkę, skoro można dodać aromat identyczny z naturalnym? 

W tym momencie dochodzimy do tematu mitów żywieniowych. Każdy z nas ma swoje przekonania na temat żywienia, które kierują jego postępowaniem i wyrażają się zawartością talerza. Niektóre z tych przekonań to mity. Jesteśmy głęboko przekonani, że coś jest zdrowe, albo że coś szkodzi, i w wyniku tego albo zajadamy się czymś, co rzeczywiście nam szkodzi, albo odstawiamy produkty korzystne dla naszego zdrowia, samopoczucia i sylwetki. 

Nie sposób obalić wszystkich mitów żywieniowych, bo każda osoba może mieć najbardziej szalone przekonania na temat żywienia i żaden postronny obserwator by na nie nie wpadł. Pojawiają się jednak mity bardziej popularne, w które wierzy wiele osób. Dzisiaj spróbuję obalić kilka z tych, które wpadną mi do głowy.

  1. Jogurt owocowy ze sklepu jest zdrowy. To przecież JOGURT i OWOCE, więc jak mogłoby być inaczej?

    Takie jogurty najczęściej mają z owocami tyle wspólnego, co burpees z relaksem. Składy mają długie i mrożące krew w żyłach. Jeśli ktoś wziąłby jogurt naturalny i wrzucił do niego kawałki owoców, to długo by to w lodówce nie postało. Poza tym, smak jakiś nie taki. Przecież musi być słodkie! W składzie znajdziemy zatem kilka różnych słodzików (cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier inwertowany), barwniki, aromaty, mleko w proszku, tzw. "wsady owocowe", czy "wsady smakowe", które często stanowią np. 2% produktu. Zatem, dajmy na to, na 100g produktu mamy 2g wsadu owocowego, w którym najwięcej jest... cukru. Polecałabym wrzucić do koszyka jogurt naturalny i ulubione owoce i bakalie. W domu wystarczy pokroić jabłko, mango, ananasa, kiwi, banana, czy umyć ulubione owoce jagodowe, dorzucić do jogurtu, wsypać trochę orzechów, nasion, pestek i już mamy pełnowartościowy, pyszny posiłek. Dodatkowy plus? NAPRAWDĘ zawiera owoce, bo sami je tam wrzuciliśmy. Drożej? Pewnie tak. Opłaca się? To pytanie pozostawię otwartym.

  2. Miód jest zdrowy.

    No nie jest. Cukier to cukier. Cukry proste są szkodliwe dla zdrowia, z wielu różnych powodów, których tutaj wymieniać nie będę. Miód ma pewne właściwości "lecznicze", np. łagodzi ból gardła w przeziębieniach, z tego co wiem, może też łagodzić kaszel. Nie jest to jednak produkt zdrowy, ma dużo kalorii i przyzwyczaja nas do słodkiego smaku, a jak wiemy - słodkie uzależnia. Wtedy już nie ma znaczenia, czy dosładzamy herbatę łyżeczką miodu, czy pochłaniamy tabliczkę czekolady, bo po prostu chce nam się słodkiego. Najrozsądniejszym wyborem, jeśli chodzi o substancje słodzące, jest ksylitol i stewia. Najlepiej jednak zrezygnować całkiem z takich substancji (jak pisałam dziś na naszym fanpage'u, kubki smakowe wymieniają się nam na całkiem nowe w ciągu 10 dni, co oznacza, że wystarczy wytrzymać tyle czasu bez słodkiego jedzenia, by powstały nam nowe, nieprzyzwyczajone do słodkiego kubki smakowe - trzeba więc tylko przycisnąć się przez 10 dni i odzwyczaimy się od cukru - ja tak zrobiłam niecały rok temu, z dnia na dzień przestałam słodzić), a gdy mamy ochotę na deser, jako słodzika możemy użyć zmiksowane daktyle (sprawdzają się fantastycznie!).

  3. Nie powinno się jeść po godzinie 18:00.

    Nieprawda. Przekonanie to jest najbardziej szkodliwe dla osób, które chodzą spać, dajmy na to, o 2:00 w nocy. Jak myślicie, co jest zdrowsze - jedzenie po 18:00, czy niejedzenie przez 8 godzin? Ostatni posiłek powinniśmy jeść około 3 godziny przed pójściem spać. A to czasem może oznaczać jedzenie kolacji o godzinie 23:00. Idea jest taka, żeby nie kłaść się spać z pełnym żołądkiem, nie natomiast taka, żeby ostro się przed snem przegłodzić. NIGDY nie powinniśmy się głodzić.

  4. Ziemniaki tuczą.

    Otóż nie. To bardzo mocno utarty mit, wiele osób tak myśli. Ostatnio wyczytałam, że ziemniaki mają dużo potasu i błonnika, są zdrowym warzywem, o ile są po prostu ugotowane i podane np. z koperkiem, bez żadnego ciężkiego sosu ani masełka. I o ile nie są usmażone w głębokim tłuszczu, oczywiście. A jeśli nadal się boicie starych, dobrych ziemniaków, to rozkochajcie się w tych słodkich. Pyszne i na pewno zdrowe.

  5. Sklepowe syropy do kawy są zdrowsze od cukru.

    Składy, kochani, czytajmy składy. Takie syropy to sama chemia, a w składzie pewnie i tak milion substancji słodzących... Mając taki wybór... To już lepiej cukier.

  6. Musli ze sklepu to sposób na zdrowe śniadanie.

    Absolutnie nie. Takie płatki zawierają często bardzo dużo cukru i innych szkodliwych substancji. Nawet jeśli reklamowane są jako fit, light, itd. Znacznie lepiej jest kupić płatki owsiane (zwykłe, nie błyskawiczne), zalać ja wodą na noc, przykryć, a rano dorzucić jogurtu, owoców świeżych i suszonych, orzechów, pestek, cynamonu, czego dusza zapragnie. Możecie mi wierzyć, takie śniadanie smakuje lepiej od sklepowego musli zalanego mlekiem!


  7. Produkty light są zdrowe.

    Nie. Cola light to wciąż cola. Chyba nie ma takiej coli na świecie, żeby była zdrowa. Lepiej już chyba rozpuścić 10 łyżek cukru w butelce wody. Jeśli chodzi o jogurty, serki, itp., to często ich "lajtowość" polega na obniżonej zawartości tłuszczu, ale wtedy za to dodaje się więcej cukru, bo tłuszcz odpowiada za smak potraw, więc czymś go trzeba zastąpić. Już lepiej kupować pełnotłuste sery, jeśli nie możemy bez nich żyć, i jeść je w ograniczonej ilości. Warto porównywać składy produktów light i zwykłych - te zwykłe miewają po prostu lepsze składy. Poza tym, jeśli produkt jest "light", to nie oznacza od razu, że możemy go jeść w nieograniczonej ilości. Tak czy siak zawiera on ileś tam kalorii, a to właśnie od bilansu energetycznego zależy nasza waga i zdrowie również.

  8. Sól należy całkowicie wyeliminować z diety.

    Nie. Soli nie należy nadużywać (zatrzymuje wodę w organizmie), nie należy jednak też całkiem z niej rezygnować. Dla osób, które nie mieszkają nad morzem, jest bardzo ważnym źródłem jodu, bez którego może zacząć szwankować nasza tarczyca. 



    Najlepsze jest musli własnoręcznie upieczone - na zdjęciu moja homemade granola ;)

III lekcja facefitness :)



Zgodnie z obietnicą kolejny zestaw ćwiczeń facefitness. Doszłam do wniosku, że zaprezentuję jednak więcej niż po dwa ćwiczenia na każdą partię twarzy. A to dlatego, że każda z Was może sobie wówczas wybrać z nich te najlepsze dla siebie. Codziennie należy wykonywać przynajmniej po 2 ćwiczenia na każdą partię twarzy.

Ćwiczenia na okolice oczu

1.    Przyłóż do brwi palce wskazujące, trzymając dłonie zwrócone do siebie. Unieś tymi palcami brwi i przytrzymuj je. Następnie naprzemiennie mruż oczy (nie zamykaj powiek) i rozluźniaj. Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem.
2.   Zaciskaj na zmianę raz jedno, raz drugie oko. Trzymaj je zaciśnięte przez ok. 1-2 sekundy. Powtórz ćwiczenie 20 razy i zakończ szerokim uśmiechem.
3.   Zaciśnij jednocześnie mocno dwie powieki, ale nie marszcz przy tym nosa i i nie rozciągaj warg, jak przy uśmiechu. Następnie otwórz szeroko oczy, pilnując aby nie unosić jednocześnie ani brwi, ani czoła. Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem.
4.      Opuszki palców środkowych przyłóż do zewnętrznych kącików oka i pociągnij skórę na boki, aż oczy będą wyglądały jak u „Chinki”, przybiorą kształt szparek. Nie zamykaj ich jednak całkowicie. Następnie pokonując opór, unieś powieki, a potem je opuść. Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem.
5.      Opuszki dwóch palców prawej ręki ułóż na szczycie kości prawego policzka i pociągnij skórę w dół. Następnie zamykaj prawe oko, ale palcami tak pociągaj tę skórę, aby oko nie mogło się zamknąć. Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem, a następnie powtórz je na lewe oko. To jest moje ulubione ćwiczenie na oczy.
6.   Kciukami i palcami wskazującymi spróbuj zrobić „okularki”. Czyli palce wskazujące nad oczami, ale pod brwiami, a kciuki pod oczami i rozszerz nimi oczodoły tak, jakbyś robiła „okularki". Gdy skóra jest naciągnięta, próbuj mrużyć oczy. Powtórz ćwiczenie 20 razy i zakończ szerokim uśmiechem. To moje drugie ulubione ćwiczenie na oczy.

Powodzenia :)

poniedziałek, 1 września 2014

Twarz biegaczki :)

Zainspirowana artykułem świeżo przeczytanym w ostatnim „Women’s Health” – „Figura czy twarz - czy musisz wybierać?” nie mogłam się powstrzymać, coby nie podeliberować w tym temacie.

Już pisałam tutaj wcześniej o twarzy biegaczki, ale jest to tak ważny temat i tak bardzo w literaturze biegowej traktowany po macoszemu, że nie zaszkodzi może się powtórzyć.
Kobiety uprawiające sport, a szczególnie biegaczki, dzięki ćwiczeniom idealnie kształtują swoją sylwetkę, która w szybkim tempie traci tłuszcz, a zyskuje mięśnie. Systematyczne ćwiczenia siłowe, które uzupełniają codzienny jogging, sprawiają, że nasza sylwetka nabiera idealnych proporcji i nawet babki starszawe, takie jak ja, zadowolone są ze swojej figury. Gorzej jest z mordką.
Pięknie wyrzeźbione szczupłe nogi, jędrne umięśnione pośladki i idealnie płaski umięśniony brzuch, a gdy przyjrzeć się twarzy, można stwierdzić, że niewątpliwie jest starsza od reszty ciała. Przynajmniej u takiej biegaczki, która nie dba o nią tak, jak powinna.
Dlatego podsuwam kilka moich zaleceń, które opieram na własnym doświadczeniu.
Po pierwsze - nasza twarz posiada niezliczoną ilość mięśni, dlaczego zatem, rzeźbiąc każdy mięsień naszego ciała, zapominamy o twarzy? Przecież głowa to też część naszego ciała!


Niestety Pani Biegaczko, biegając, wzmacniasz oczywiście mięśnie ciała, ale nie twarzy! Jest ona zmorą biegaczy, ponieważ w zastraszającym tempie chudnie i się zapada, a opierając się na własnym przykładzie i ze względu na to, że ja jestem raczej szczupła, to zapewniam, że w miarę biegania moja twarz zaczęła wklęsać, tak jaby kościotrupieć. I właśnie wówczas rozpoczęłam na nowo facefitness. Ćwiczę codziennie wszystkie partie twarzy i nie ma wymówek, że nie ma czasu. Po prostu wstaję 15 minut wcześniej. Facefitness czy joga twarzy, jak komu bardziej pasuje, jest niezastąpiona w moim mniemaniu, coby nie marszczyć się jak śliweczka. Jestem trenerką gimnastyki twarzy, prowadziłam pokazy w grupach u Pań w różnym wieku i z przykrością muszę stwierdzić, że w naszym mieście nie zaszczepiłam chęci do uprawiania tych nieocenionych ćwiczeń. Słyszałam głosy, że kto by się przejmował zmarszczkami, a ja myślę, że każda Pani powinna…
Myślę, że zamiast wydawać na medycynę estetyczną krocie, zamiast wydawać na kremy krocie, można 6-7 minut dziennie poćwiczyć, a efekty będą kolosalne. Odczułam je „na własnej twarzy”. 
Wracając do tematu, po rzeczonym wklęśnięciu mojej buźki spowodowanym bieganiem (schudłam także 10 kg, a więc tłuszcz z twarzy też sobie wyszedł), rozpoczęłam codzienną gimnastykę twarzy przez 6-7 minut dziennie i efekty były widoczne już po miesiącu. Dalej jestem chuda, ale moje policzki nie zapadają się i zmarszczki widocznie się spłyciły.
Mój codzienny zestaw ćwiczeń:
Ćwiczenia  wygładzające poziome zmarszczki na czole i zapobiegające tworzeniu się ich
Ćwiczenia zapobiegające tworzeniu się “lwiej zmarszczki”
Ćwiczenia zapobiegające "kurzym łapkom”
Ćwiczenia na zmarszczki wokół oczu
Ćwiczenia na zmęczone oczy
Ćwiczenia na policzki
Ćwiczenia zapobiegające tworzeniu się bruzd nosowo-wargowych
Ćwiczenie na wygładzenie drobnych zmarszczek wokół ust
Ćwiczenia mięśni szyi
Na zakończenie po ćwiczeniach cudowny masaż połączony z wklepaniem oleju kokosowego
Wcześniej, na pierwszej lekcji facefitness, pisałam o rozgrzewce, a dziś zaprezentuję kolejne ćwiczenia, wygładzające czoło:
Ćwiczenia na wygładzenie czoła (2 lekcja):

1. Ćwiczenia na „zmarszczki gniewu”, czyli poziome  

a)             Unieś jak najwyżej brwi i otwórz jednocześnie szeroko oczy. Nie marszcz przy tym czoła. Wytrzymaj tak przez 5 sekund i rozluźnij mięśnie twarzy, Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem.
b)              Połóż dłoń płasko na całym czole tak aby mały palec leżał nad brwiami. Przyciśnij bardzo mocno dłoń do czoła jednocześnie spróbuj je zmarszczyć. Dłonią powinnaś poczuć jak skóra na czole się napina. Właśnie mocny ucisk dłoni zapobiega powstawaniu zmarszczek. Wytrzymaj tak przez 5 sekund i rozluźnij mięśnie twarzy, Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem.

2.  Ćwiczenia na „zmarszczkę lwią”, czyli pionową  

a)  Patrząc na swoje odbicie w lustrze, maksymalnie zbliż do siebie brwi tak, jakby Cię coś okropelnie wnerwiło. Jednocześnie opuszką środkowego palca skierowanego do dołu podtrzymaj mocno skórę, tak aby uniknąć jej zgniecenia. Wytrzymaj tak przez 5 sekund i rozluźnij mięśnie twarzy, Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem.
b)    Przyłóż dłoń do powierzchni między brwiami, tak aby dolna część dłoni była właśnie w tym miejscu, a palce na włosach. Uciskając dłonią tę powierzchnię między brwiami, systematycznie zmieniaj siłę nacisku. Ten ruch przypomina pompowanie i powoduje on zasysanie i pęcznienie komórek znajdujących się pod Twoją ręką. Powtórz ćwiczenie 10 razy i zakończ szerokim uśmiechem. To jest moje ulubione ćwiczenie.

Niebawem napiszę o kolejnych ćwiczeniach. Obiecuję, że zrobię to szybko.

Po drugie ważne jest, aby przed wyjściem z domu na jogging, czy na jakiekolwiek ćwiczenia, zawsze, bezwzględnie posmarować twarz kremem z wysokim filtrem przeciwsłonecznym. Ja, mimo ciemniej karnacji, smaruję twarz przez cały rok kremem z filtrem 50. Zapobiega to powstawaniu plam i przebarwień. Słońce kocham, ale twarz chronię przed nim, aby się nie starzała szybko. Lubię być opalona, ale nie na buzi, dlatego zawsze w lecie całe ciało mam czarne, bo wystarczy, że pobiegnę parę kilometrów, a jestem już sczerniała, ale buźka jest biała. Niezwykle śmiesznie to wygląda, ale od czego są bronzery?
Po trzecie - raz w tygodniu peeling i maseczka z alg.
Po czwarte - nie używam żadnych kremów, mimo, że mam bardzo suchą skórę. Smaruję się wyłącznie olejem kokosowym i jego używam też pod makijaż.
Po piąte - wysypiam się.
Po szóste - jestem zawsze uśmiechnięta, bo mimo że niektórzy powiedzą, że zmarszczki śmiechowe, to uśmiech szeroki i szczery wpływa zbawiennie na naszą twarz. 
Po siódme - zdrowo się odżywiam. Myślę, że codzienna bogata owsianka. o której z Martą już wiele pisałyśmy daje naszej skórze najwięcej, ale też mnóstwo warzyw, owoców, nasiona chia, olej kokosowy, oliwa z oliwek, całkowita eliminacja cukru i białej mąki, kasza jaglana i gryczana i wiele, wiele innych pokarmów, które poprawiają wygląd skóry.

Jeśli kobieta mówi, że Jej zmarszczki nie przeszkadzają, to moim zdaniem kłamie, bo żadna babka nie chce wyglądać starzej. Na koniec cytat z artykułu, który mnie zainspirował do napisania tego posta: "Znajdziesz dziesiątki kobiet, które powiedzą Ci z marszu, że mają w nosie zmarszczki, że wybierają naturalny wygląd, starzenie z godnością i takie tam gadanie. Spróbuj znaleźć taką, która powie, że nie przeszkadza Jej wygląd jędzy na fochu albo sieroty w permamentnej depresji. Gorzej, prawda? Zmarszczki nie tylko dodają nam lat, kradną też radosny i pełen energii wygląd. Wyglądając starzej, wyglądamy po prostu smutniej. I dlatego się przed nimi bronimy, choć nie lubimy się do tego przyznawać."

Może te moje gadanki są nieco chaotyczne, ale cel był jeden. Podczas uprawiania sportu, a zwłaszcza biegania, nasza twarz chudnie i marszczy się szybciej niż innym, a zatem, Szalone Biegaczki, dbajmy o nią niezwykle czule. Ja postaram się Was nauczyć niebawem kolejnych ćwiczeń, które u mnie zagościły na stałe. Niektórzy powiedzą "I tak nie wyglądasz dobrze", ale ja sama widzę postępy na mojej buzi, to ciekawe, co by ci "niektórzy" powiedzieli, gdybym nie ćwiczyła w ogóle :) Strach pomyśleć. Zachęcam biegaczki do dbania o mordeczki :)

Uprawiając sport, zamieniamy tłuszcz na mięśnie, dlatego też oprócz ciała zadbajmy o twarz, bo tam też mamy mięśnie, a nawet bardzo ważne mięśnie. A więc do czułej pielęgnacji dodajmy facefitness, a będziemy całe wyrzeźbione od stóp do "głów".

środa, 20 sierpnia 2014

Strzeżcie się złotej klatki! Czyli co nieco o samorozwoju.

Zrób coś, czego się boisz. 

Powiedz komuś "nie". Nie zabijaj tego pająka. Zagadaj do nieznajomego. Wybierz najtrudniejsze zajęcia na uczelni. Skocz na głęboką wodę. Opowiedz komuś o swoich uczuciach. Powiedz mu, że Cię zranił. Nie zamykaj się w sobie. Załatw sprawę w urzędzie. Zawalcz o swoje. Weź sprawy w swoje ręce. Poproś o coś. Pokaż, że masz słabości.

Zrób coś, co wydaje Ci się trudne. 

Upiecz ciasto. Zadzwoń do osoby, z którą jesteś pokłócony, i zapytaj, co u niej. Pójdź pobiegać. Spoć się na siłowni. Zdobądź jakiś szczyt. Zjedz coś, co wydaje Ci się, że jest obrzydliwe. Porozmawiaj z bezdomnym. 

Dlaczego?

Na co dzień żyjemy w naszym wygodnym, przez lata uformowanym i określonym w jakichś ramach życiu. W naszej złotej klatce. Rzadko zastanawiamy się nad tym, co robimy. Rzadko w ciągu dnia przystajemy na moment i świadomie podejmujemy decyzję. Większość decyzji właściwie, podejmujemy automatycznie, bez zastanowienia się. "Tak zawsze było i tak będzie. Nie ma się nad czym zastanawiać."

Jesz kostkę czekolady. Smakuje Ci. Jesz kolejną. Kończysz na całej tabliczce. Zdenerwował Cię ktoś w pracy. Wracasz do domu i wrzeszczysz na męża. Idziesz na imprezę. Upijasz się i palisz papierosy, mimo że rzuciłaś. Masz zły humor. Płaczesz, obwiniasz wszystkich wokół, puszczasz smutną muzykę i narzekasz każdemu, kto chce posłuchać.

Czy podejmujesz świadomą decyzję, że zjesz tabliczkę czekolady? Że odreagujesz na mężu? Że upijesz się i wrócisz do palenia? Że będziesz się celowo bardziej dołować?

Czy przed kupieniem i zjedzeniem batona, zapytałeś się siebie kiedykolwiek, czy ze świadomością, że ten baton gwałtownie podniesie Ci poziom cukru, co jest bardzo przyjemne i uzależniające, a później szybko Ci ten cukier spadnie i poczujesz chęć zjedzenia kolejnego, że niedługo po jego zjedzeniu będziesz bardziej głodny niż przedtem, że trujesz swoje ciało całą masą chemii i substancjami znacznie bardziej szkodliwymi od białego cukru, że po zjedzeniu czegoś takiego obniży Ci się nastrój, będziesz senny i brak będzie Ci energii, MIMO TO podejmujesz decyzję, że chcesz go zjeść? Czy pytasz siebie, czy nie lepiej zjeść czegoś, co też będzie smaczne, a zaspokoi Twój głód i doda Ci energii? 

Czy gdy jesteś smutna, zdenerwowana, pytasz siebie samą, czy świadomie chcesz pogorszyć sobie nastrój, wiedząc, że możesz też wybrać rozmowę z przyjacielem, wyjście na spacer, pożywny posiłek, wesołą muzykę, pozytywną książkę, albo po prostu pozytywne myślenie i inną interpretację rzeczywistości, a później podejmujesz decyzję, że MIMO TO wciąż wolisz pogrążyć się jeszcze bardziej w kiepskim nastroju?

To jest Twoja złota klatka. Bezpieczne rozwiązania, które do tej pory się sprawdzały (czyżby?) i masz je zaprogramowane na autopilocie. Wiecie, jak to jest. Nawet jeśli złota, to wciąż klatka. Nawet jeśli w kwiatki i pachnący, to wciąż papier toaletowy. Jesteśmy zniewoleni naszymi automatycznymi decyzjami, tym, co podaje nam się na tacy, tym, co najłatwiejsze i najprostsze, tym, co wygodne.

Ale czy to kiedykolwiek da nam szczęście? 

Wiem, że łatwo jest ponarzekać i widzieć wszystko w czarnych barwach. Wiem, że łatwo jest ćwierkać żałośnie na żerdzi w złotej klatce, choć drzwiczki są otwarte. 

Ale drzwiczki otwarte. Decyzja należy do Ciebie. 

Co w tej chwili pomyślałeś? "Fantastycznie! To fenomenalna wiadomość! Jeśli rzeczywiście to zależy od mojej decyzji, to mogę to zmienić. Mogę być szczęśliwy. Mogę sam się uszczęśliwić!", czy może: "Takie tam gadanie. Przecież wiadomo, że to nieprawda. Gdyby to było takie proste, to wszyscy chodziliby szczęśliwi jak po działce.".

Nikt nie mówi, że to jest proste. To wydaje się proste. Co to za wysiłek, postanowić, że będzie się szczęśliwym? No cóż, to ogromny wysiłek. To wiąże się z nieustanną pracą nad tym, żeby świadomie kierować swoim postępowaniem. Żeby szukać pozytywnych stron. Żeby cieszyć się, że właśnie teraz pada. Albo że właśnie teraz jest okrutnie gorąco. Żeby nie czekać zawsze na coś. "Jest za ciepło." = "Czekam, aż się ochłodzi, wtedy będę szczęśliwa."; "Mam za dużo pracy." = "Czekam, aż odpocznę, wtedy będę szczęśliwa."; "Nudzi mi się." = "Nie mam co robić, jak będzie się coś działo, to będę szczęśliwa". Nie jest proste pomyśleć: "Jak cudownie, że dziś pada. Uwielbiam siedzieć owinięta kocem, przy zapalonej świecy, pić gorącą herbatę i czytać dobrą książkę, gdy za oknem bębnią krople, a świat się oczyszcza"; albo: "Fantastycznie, że mam dużo pracy. Mogę się wykazać, napotykam dużo wyzwań, jestem zmęczona, ale sprawdzam się, mam z tego satysfakcję, a wieczorem zafunduję sobie chwilę relaksu.". To są najprostsze, codzienne przykłady. Trudno jest to zrobić, przełamać swoje schematy myślowe i pomyśleć inaczej niż zwykle. Trudno jest być wdzięcznym za to, że jest jak jest, jeśli to jest sprzeczne z naszymi oczekiwaniami. Tym trudniej jest zachować pozytywne nastawienie i pracować nad myślami w sytuacjach poważniejszych, niż pogoda czy zmęczenie. Ale wiesz co?

Mam propozycję.
Przestań żałośnie ćwierkać i czekać, aż jakaś pomocna dłoń wyciągnie Cię z klatki i wyrzuci Cię za okno w zacinający deszcz. Masz skrzydła, więc polecisz, zmokniesz, zlepią Ci się piórka i wrócisz, żałosny i zapłakany, do swojej złotej klatki.

Wyfruń sam. Poczuj jednocześnie wolność i odpowiedzialność za siebie i swoje życie. Pokieruj sobą samym. Pofruń tam, gdzie masz ochotę. Zrób coś, czego się boisz. Zrób coś, co wydaje Ci się trudne. 

Bo wyjście ze strefy komfortu to Twoja największa szansa na rozwój. Czy nie warto przekraczać swoich granic, czy nie warto zrobić czegoś, co nie jest proste, komfortowe ani wygodne, ale otworzy Ci to kolejne pole do rozwoju, da szansę na nowe, pozytywne doświadczenia, odmieni Twoje życie na lepsze, sprawi, że oswoisz swoje lęki, bo okażą się sprzeczne z rzeczywistością i sprawi, że odnajdziesz drogę do szczęścia? Życie nie jest takie straszne, jak Ci się wydaje. Jeśli wyfruniesz raz, dwa razy, to zobaczysz, że nic złego Ci się nie stanie. Nawet jeśli się poobijasz, albo zmokniesz, czy zmarzniesz. A wiesz, co zyskasz w zamian? Piękny błękit nieba. Promyki słońca grzejące Twoje skrzydła. Powiew wiatru, radość z latania, piękne widoki pól, lasów, roślin i milionów gatunków innych zwierząt. Poczujesz, że świat stoi dla Ciebie otworem. 

Masz skrzydła. 
Opuściłeś klatkę.
Możesz wszystko. 

Co z tym zrobisz?



niedziela, 6 lipca 2014

Krótka historia szlifowania charakteru.

Wczoraj wielki dzień. Symboliczny oczywiście, tak jak wszelkie rocznice - mają raczej metaforyczny sens, bo świętujemy fakt, że coś trwa. A skoro świętujemy, to znaczy że jest powód do radości, że to coś trwa. Że trwanie tego czegoś nam coś daje. Coś dobrego, pozytywnego, taki wymiar, który przyczynia się do tego, że świętujemy. Świętujemy urodziny, rocznice związków, okrągłe sumy stażu pracy, itp. A ja pośród tego wszystkiego świętuję rok biegania. Pomyślicie sobie - głupia, co tu świętować? Ludzie uprawiają różne sporty i czy trzęsą się nad faktem, że rok temu zaczęli grać w siatkówkę?

No cóż, niektórzy pewnie tak. Ale, uwaga pierwsza, bieganie nie jest dla mnie "sportem". Nie tylko, oczywiście. Bieganie to dla mnie o wiele więcej. Słowo "pasja" też nie wydaje mi się wystarczające. Nie mam ambicji znaleźć odpowiedniego słowa, bo mogłoby to być niewykonalne. Nie wynoszę biegania ponad wszystko, bo są dla mnie rzeczy dużo ważniejsze w życiu. Ale, uwaga druga, w ciągu tego roku, od kiedy biegam, "bieganie" stało się nieodłączną częścią mojej tożsamości. Ja bez biegania nie byłabym już sobą, byłabym jakąś niepełną, śmieszną, karykaturalną wersją. Tak samo jak ja bez uniwersum Harry'ego Pottera, bez trampków Converse'a, bez zamiłowania do herbaty, bez kolczyków czy bez strzelania stawami. Nie wspominając już nawet o ważniejszych elementach mojej tożsamości, takich jak wiara w Boga. Minął zaledwie rok (a podkreślić należy, że rok temu rozpoczęłam marszobiegi w planie minuta biegania plus cztery minuty marszu, a do trzaskania kilometrów bez marszu doszłam dopiero we wrześniu zeszłego roku), a już ciężko jest wyobrazić mi sobie siebie bez biegania. Na tle tego, że przez całe liceum i większość gimnazjum nie ćwiczyłam na w-fie i miałam zwolnienie od ortopedy, przy czym byłam niezwykle uparcie niechętna do aktywności typu pływanie, jazda na rowerze, chodzenie po górach, fakt ten robi na mnie samej niezłe wrażenie.

Bieganie otworzyło mi wiele nowych możliwości. Skoro teraz w moim pojęciu mnie samej zawierają się co najmniej godzinne wybiegania cztery razy w tygodniu, no to robię się bardziej chętna i otwarta na pójście na basen, chodzenie po górach, jazdę na rolkach czy na rowerze, skakanie na skakance. Nagle dostrzegłam setki nowych sposobów spędzania wolnego czasu. Ale też poznawania nowych ludzi - uściski dla wszystkich z naszego BBL :)

Na szczęście jestem osobą otwartą na propozycje bliskich i mimo że na początku podśmiewałam się z Mamy i Siostry, że wychodzą cztery razy w tygodniu na dwór, niezależnie od pogody, i męczą się nie wiadomo po co, to fakt, że moja 12-letnia siostra była w stanie przebiec kilka kilometrów zrobiło na mnie wrażenie i uległam naciskom (rozkazom, całe szczęście, że moja Mama potrafi tak piłować) i w dzień ostatniego egzaminu sesji letniej rok temu poszłam na pierwszy trening. 

I zaczęło się szlifowanie charakteru. Od zawsze jestem uparta jak osioł. Regularne wychodzenie i postępowanie według planu nie było dla mnie problemem. Problem pojawił się wtedy, kiedy nie mogłam wykonać planu, bo nie miałam SIŁY! Dramat! Kryzys pojawił się, kiedy miałam przejść z 3 minut biegania na 4 minuty. No nie szło tego zrobić. Męczyłam się, dyszałam i po 3,5 minuty musiałam iść. To było dla mnie jak koniec świata, już byłam przekonana, że to koniec tego całego biegania, że będę tak biegać te 3,5 minuty już zawsze. Jakże śmieszne to było myślenie. Teraz już wiem, że trzeba robić wszystko w zgodzie ze swoim organizmem. Mogłam biec 3,5 minuty i ani sekundy więcej? No to zrobiłam kolejny tydzień treningów po 3,5 minuty. A w kolejnym tygodniu biegałam już 4. 

Ale to były wakacje, więc było kolorowo. Później zaczął się semestr i jesień - szaruga, deszcz, zimno, zajęcia, zaliczenia, nauka, plan poszatkowany jak zwykle na naszej uczelni. Na początku to też było wyzwanie - ubrać te buty i kurtkę i wyjść na deszcz. Wstać wcześniej, żeby pobiegać przed zajęciami. Odrzucić obawy o to, że jak tylko wyjdę na trening, to zaraz będę chora. Jeszcze gorzej było przy temperaturze parę, a nawet kilkanaście, ładnych stopni poniżej zera. Kiedy padający śnieg zamarzał mi na kurtce i okularach, a każdy nieuważny krok na chodniku mógł się skończyć jakimś paskudnym złamaniem. I tak kusiło, żeby zostać pod kocykiem, wypić kakao, poczytać książkę, obejrzeć serial, przecież jest tak zimno...

I siedziałam pod kocykiem, z gorącym kakao w łapce, z książką, zapaloną świeczką i szerokim, błogim uśmiechem spowodowanym, dajmy na to, ośmioma kilometrami w srogim mrozie. Jak to mówią, nie ma słabej pogody do biegania, są tylko słabe charaktery. I bywają takie warunki, że każde kolejne wyjście na trening stanowi wyzwanie i muszę walczyć sama ze sobą i tłumaczyć sobie, że brzydka pogoda czy dużo nauki to nie jest wystarczający argument, żeby nie wyjść na trening. I za każdym razem, gdy w takiej sytuacji uda mi się samą siebie do tego przekonać (a zwykle tak jest), to czuję, jakbym była Mario, który właśnie zjadł powiększającego grzybka, albo złapał szalenie migającą gwiazdkę. W momencie każdego wyjścia na trening dostaję szansę walczenia ze swoim lenistwem. I jest to cudowne! Często nie czuję, że mam taką szansę, bo tak bardzo chce mi się biegać, że już przebieram nóżkami od rana. 

W okolicy końca semestru zimowego miałam kolejny kryzys, a taki oto, że brakowało mi czasu. Szkoda mi było dużo biegać, skoro miałam dużo nauki. A że nie biegałam wg jakiegoś planu, to szłam na trening z myślą, "żeby coś tam pobiegać, chociaż 5 km". I tak rzeczywiście to wyglądało, biegałam po 5-6 km, 8 km to było dla mnie już coś.

Teraz 8km to dla mnie minimum, a piątka na treningu to śmieszny dystans - po co tracić czas na 5km trening?! Przedwczoraj przebiegłam pierwszy raz 17 km. Jestem zapisana na półmaraton w październiku. A apetyt wciąż mi rośnie! Stawiam sobie nowe wyzwania i powoli do nich dochodzę. I wciąż biegam w śmiesznym tempie, ale teraz wiem, że jak potrenuję, to osiągnę duże postępy. Nie myślę już, że nigdy nie przejdę z 3 do 4 minut, metaforycznie rzecz ujmując. 

Dzięki bieganiu nie biorę już leków na serce. Moje tętno spoczynkowe spadło z ok. 120-130 do 70 uderzeń na minutę. Nie denerwuję się tak dużo i mam więcej dystansu do siebie i do różnych spraw. Niektórymi rzeczami, na które nie mam wpływu, przestałam się przejmować. Mimo że nie było to moim celem, to w ramach skutków ubocznych straciłam 5 kg i kilka ładnych centymetrów w biodrach. Mam dobrą kondycję. Bieganie zapoczątkowało u mnie większą świadomość na temat zdrowego jedzenia i dzięki temu dużo zdrowszą dietę. Nie w celu odchudzania, którym jest opętany współczesny świat. Po prostu dla zdrowia i dobrego samopoczucia. Dostrzegłam, że to, co jem, ma niesamowity wpływ na to, jak się czuję. Nie za 30 lat, ale teraz, w tej chwili, dzisiaj. Zaczęłam ćwiczyć siłowo, więc jestem silniejsza. Wiele problemów, które kiedyś rozdmuchałabym do rozmiarów katastrofy, po wyjściu na trening całkowicie znika. Rozwijam się, stawiam sobie cele i dążę do ich osiągnięcia, biorę udział w zawodach i doświadczam tej cudownej atmosfery. Nie rywalizacji, a współpracy, wzajemnego wsparcia na trasie. Jestem spokojniejsza i lepiej sypiam. Jestem lepszą partnerką w związku, lepszą córką, siostrą, lepszą kobietą, lepszym człowiekiem. 

Dlatego świętuję to, że od roku biegam. Rok to niewiele, kiedyś mam nadzieję świętować 30. rocznicę biegania. Widzę siebie biegającą rano przed pracą. Widzę siebie biegającą z mężem, z dzieckiem w wózku, z kilkunastoletnimi dziećmi, z wnukami w wózku, itd. Ale nigdy nie zapomnę, jak diametralnie zmienił moje życie ten pierwszy rok biegania. Czuję się jak najszczęśliwszy człowiek na ziemi! 

A wiecie co dodatkowo mnie motywuje i uszczęśliwia? Wy! Wiele osób podchodzi do mnie i mówi - zaczęłam biegać przez Ciebie! Powiedziałabym nieskromnie, że DZIĘKI mnie, a nie PRZEZE mnie, ale niech będzie! I raduje mi się serducho przy każdej takiej wiadomości. Nawet jeśli niewiele z tych osób pokocha bieganie na stałe, to ogromnym sukcesem jest dla mnie to, że dzięki mnie ktoś wyjdzie i zrobi marszobiegi. Jesteście wielcy! Podziwiam Was, bo wiem, że jednak trochę samozaparcia i siły charakteru potrzeba, żeby to zrobić. A jeśli okaże się, że bieganie Was jednak nie kręci - to może będzie to początek poszukiwania odpowiedniej dla Was aktywności. Nie każdy przecież musi biegać! Może dla Was stworzona jest zumba, siatkówka, pływanie, joga albo podnoszenie ciężarów? O jednym jestem przekonana - dla każdego jest jakaś aktywność fizyczna, która da mu radość. Oczywiście po przezwyciężeniu w sobie wewnętrznego, zasiedziałego od wielu lat lenia. Dlatego szukajcie! Próbujcie i urozmaicajcie. I piszcie mi o efektach swoich poszukiwań i rozpoczętych przygód z bieganiem. Cieszę się jak dziecko, że mogę się przyczynić do otwarcia niektórych ludzi na tak ogromne, pozytywne zmiany, jakie zaszły w moim życiu! :)

Pozdrawiam ciepło i wysyłam Wam mnóstwo zakręconej energii. Jest tak ciepło, ale szkoda przecież leżeć tylko na leżaczku. Zróbcie coś jutro! Pójdźcie na spacer, na rower. Cokolwiek. A kto wie, co będzie się u Was działo za rok! :)

A jak wyglądało moje świętowanie? Najpierw postawiłam sobie wyzwanie, że przebiegnę na czterech treningach 52 km - bo wedle mojej aplikacji tyle brakowało mi do równego tysiąca. I udało się - 12,3 km + 10,9 km + 12 km + 17 km. 



Ostatni trening był naprawdę ciężki - mój poprzedni rekord dystansowy to 15 km. Biegłam z izotonikiem i batonikiem, o 21, bo wcześniej grzało jak w piekle. Satysfakcja jak nigdy. Teraz wiem, że na pewno dam radę przebiec półmaraton! Jak widzieliście w poprzednim wpisie, Mama zrobiła mi supertorta - z kaszy jaglanej, kakao, awokado, bananów, agaru i malin:) 100% zdrowia i 100% energii do dalszych treningów! A w weekend Mój Mężczyzna zabrał mnie na wycieczkę i uskutecznialiśmy chillout, po długim wybieganiu poprzedniego wieczoru.


Nic tylko świętować, odpoczywać i zajadać się torcikiem. Na koniec wypada też podsumować dotychczasowe wyniki i uczestnictwo w zawodach:

Bieg dla kobiet, 5 km, 35:33.
Grand Prix zBiegiemNatury, 5 km, 29:25.
II GO! Bieg, 10 km, 59:16 (z zatruciem pokarmowym trwającym od 4:00 rano tego dnia przez dwa dni).
Dolnośląskie Biegi Europejski im. Jerzego Szmajdzińskiego, 3,4 km, 17:30.
Europejskie Biegi Uliczne, 10 km, 1:00:40. 

Najważniejszy obecnie cel: półmaraton w Legnicy. Realizuję plan treningowy na czas poniżej 2h i choć póki co wydaje mi się to poza zasięgiem, to zobaczymy, co da się wybiegać przez te 3 miesiące:)