wtorek, 25 lutego 2014

Moja jeździecka historia :)

Cześć! :) Dzisiaj opowiem co nieco o koniach i jeździectwie - moją drogę przez wzloty, sukcesy i upadki, a także jak zaczęłam jeździć, co chcę osiągnąć i do czego dążę w tym momencie. Zapraszam! :)
Moja przygoda zaczęła się, gdy miałam około 7 lat. Marta też kiedyś jeździła, ale na nieszczęście dostała końskiej (i nie tylko) alergii, tak więc tak szybko jak zaczęła, tak szybko skończyła. Ja jestem bardziej odporna na wszelkie pyłki i sierści, a więc rodzice w ramach szerzenia kontaktu z fauną, zawieźli mnie do stadniny, cobym spróbowała... Na samiutkim początku wydawało mi się, że konie to takie brudne zwierzęta. Zdecydowałam się jednak spróbować kontaktu z nimi. Od pierwszego spotkania, dotknięcia, przytulenia, wskoku na konia zakochałam się w tych zwierzętach. Co ciekawe, nigdy więcej nie pomyślałam o nich, że są brudne. Od razu po pierwszej jeździe powiedziałam mamie, że to jest coś, co będę kochała, a konie to najpiękniejsze i najmądrzejsze istoty. Miałam wtedy kilka lat i jako mała smarkula oznajmiłam po powrocie do domu, że muszę mieć bryczesy i oficerki, czyli spodnie i buty do jazdy. (Trochę szpanowałam przed rodziną nowo nabytą wiedzą.).

Tak moja przygoda z końmi rozwijała się przez kilka kolejnych tygodni, w czasie których przeżyłam mój pierwszy kłus, a także mój pierwszy upadek. Dobrze go pamiętam, bo po nim trochę bałam się powrotu na konia i przez parę tygodni nie jeździłam. A co będzie, jeśli spadnę w galopie? Na szczęście wrócił mi zdrowy rozsądek, zdałam sobie sprawę, że ZAUFANIE do konia jest niezmiernie ważne. Jeśli na niego wsiądziesz i będziesz się ciągle dygać - ojej, a co będzie, jak mnie zrzuci, poniesie? - to z jazdy będą nici. Koń dobrze wyczuwa, że się boisz i on także się boi. Na szczęście udało mi się nabrać zaufania do konia, a później moja nauka jazdy potoczyła się już bardzo szybko. Mój pierwszy galop. Ochhh, jakie to było cudowne!!! Na początku baaaardzo się bałam, ale okazało się, że w ogóle nie było czego. Galop, wbrew pozorom, nie jest tak szybki, jak się wydaje, jego tempo jest porównywalne do kłusa. Różnica polega na tym, że koń wykonuje inny ruch. Stopniowo zaczynałam jeździć bez pomocy instruktora. Na początku tylko stępowałam, kłusowałam, aż w końcu zaczęłam galopować. Po trzech latach umiałam już bardzo dobrze samodzielnie (!) jeździć (tak mi się przynajmniej wydaje:)), a nie było to łatwe, bo ujeżdżałam konia, który czasami się zapierał i nie reagował na moje polecenia, tylko stał w miejscu. To był uparty Sebi.

W czwartym roku mojej przygody wzięłam udział pierwszy raz w półkoloniach dla zaawansowanych (byłam tym bardzo podekscytowana!). Przygotowywaliśmy się tam do zdania egzaminu na brązową odznakę jeździecką. Wtedy zakochałam się też w Rewolcie, która wówczas była jeszcze dosyć płochliwa i nie darzyła ludzi dużym zaufaniem. I tak oto przeniosłam się z konia, który nie chce ruszyć, na konia, który nie chce się zatrzymać. Było więcej pracy, zaangażowania, treningów, niż na zwykłej półkolonii, ale nie zabrakło też relaksów w postaci długich terenów z szybkim, długim galopem.

W tym roku mam zamiar zdawać na brązową odznakę, w związku z tym muszę przerobić 360 pytań o jeździectwie i wyuczyć się przejazdu ujeżdżeniowego i skokowego. Podczas przejazdu ujeżdżeniowego należy tak poprowadzić konia, w obrębie ograniczonego terenu, aby wykonał poszczególne, wymagane części, takie jak wolta, zatrzymanie, zmiana kierunku. Ujeżdżenie oparte jest na dobrej współpracy jeźdźca z koniem, bez której nie uda się dobrze wykonać tego zadania. Przejazd skokowy polega z kolei na poprawnym pokonaniu przeszkód w określonej kolejności. 
W październiku minionego roku odbył się stajenny ,,Hubertus", czyli zawody jeździeckie. Składają się one z przejazdu ujeżdżeniowego, skoków i gonitwy. Przejazd ujeżdżeniowy i skokowy w Hubertusie są takie same, jak w egzaminie na brązową odznakę, ale ja tym razem brałam udział tylko w tym pierwszym. Gonitwa natomiast polega na tym, że zwycięzca zawodów z zeszłego roku ucieka konno przed resztą zawodników, trzymając sztuczny ogon lisa, który inni mają za zadanie złapać. Jest to trudne i czasochłonne, ale za to bardzo przyjemne.
Teraz robi się już bardzo ciepło, jak na zimę, która raczej sprawia pozory wiosny. Jest idealna pogoda do jazd, więc jutro zamierzam wybrać się na ranczo. W końcu zrzucę kurtkę i termobuty :) To tyle tytułem wstępu o jeździe konnej. Zapraszam do czytania moich kolejnych wpisów i bliższego zapoznania się z tymi pięknymi zwierzętami :)

To ten, który nie chciał ruszać - Sebi :)
               
A to ta, która nie chciała się zatrzymywać - Rewolta :)

1 komentarz:

  1. Niezła pasja:) Tylko pozazdrościć:)

    OdpowiedzUsuń